Cyrkowa misja ratunkowa: „Operacja Argo”

"Operacja Argo"
kadr z filmu

Mało jest filmów, w których akcja rozwija się tak wolno, a poziom napięcia utrzymuje się mimo to na tak wysokim poziomie. „Operacją Argo” Ben Affleck pokazał, że zadomowił się już w roli reżysera: to jego druga w ostatnich dwóch latach produkcja, która wyląduje pewnie niedaleko za tymi nominowanymi do Oscarów.
Affleck swoją przygodę z reżyserowaniem „pełnometrażówek” rozpoczął pięć lat temu filmem „Gdzie jesteś Amando” – thrillerem prostym, ale udanym tylko częściowo (szczerze mówiąc takim, który nie chciał się skończyć, mimo że widzowie przeważnie chcieli tego już bardzo mocno). Jego „Miasto złodziei” było już jednak milowym krokiem do przodu i jednym z najlepszych filmów akcji 2010 roku. O oscarową galę otarło się zresztą za sprawą nominacji za rolę drugoplanową Jeremy’ego Rennera, a niewiele zabrakło, żeby powalczyło też w najważniejszej kategorii. Jak w tym gronie wypada „Operacja Argo”, trzecie i najnowsze z dzieł Afflecka?

Ma na pewno najciekawszą fabułę z jego dotychczasowych filmów. To historia tak nieprawdopodobna, że jej scenariusz mogło (przebaczcie banał) „napisać tylko życie”. Gdy w 1979 roku w Iranie wybucha rewolucja, a do władzy dochodzi Allatojah Homeini, USA decyduje się udzielić politycznego azylu jego poprzednikowi czym rozwścieczają miejscową, domagającą się jego głowy ludność. Wściekły tłum decyduje się w takim razie zamanifestować swoje niezadowolenie szturmując i niszcząc amerykańską ambasadę w Teheranie – wszyscy jej pracownicy zostają uznani za szpiegów i wrzuceni do więzień. Są zakładnikami nowego reżimu. Wszyscy… poza sześcioma osobami, które w porę zdecydowały się skorzystać z tylnego wyjścia i zbiegły do rezydencji ambasadora Kanady.

Widzom nie radziłbym spodziewać się głębokiej analizy przemian zachodzących w Iranie, próby wyjaśnienia czemu doszło do tej sytuacji. Wprowadzenie, które „Operacja Argo” nam proponuje, trwa nieco ponad 2 minuty (udające bajkę „Persepolis” starało się bardziej), ale to perspektywa całkowicie amerykańska. Żeby więc nie rozważać zbyt długo możliwości, że może problemy współczesnego Iranu – a więc i los kilkudziesięciu zakładników – to też w jakimś sensie wina wcześniejszych działań USA, twórcy skupiają się od razu na tej zagubionej szóstce. Czemu to akurat oni są tak ważni, skoro w fatalnych warunkach przetrzymywanych jest w tym samym kilka razy więcej osób?

Powód jest prosty: ci złapani w ambasadzie raczej o swoje życie obawiać się nie muszą. Nawet przywódcy Iranu wiedzą, że Stany Zjednoczone nie potrzebują aż tak jednoznacznego zaproszenia do inwazji na inny kraj, jak rozstrzelanie grupy ich dyplomatów. Sytuacja tej szóstki jest nieco bardziej skomplikowana. Po pierwsze, Irańczycy nie wiedzą jeszcze, że w ambasadzie było o sześć osób więcej, ale kiedy się zorientują, na pewno nie będą z siebie zadowoleni. Po drugie, tę szóstkę można spróbować uratować. Gorzej, że jeśli zostaną nakryci podczas próby ucieczki (szczególnie z np. fałszywymi dokumentami), karą będzie egzekucja. Jak podsumowuje to główny bohater filmu: „jeśli oni ich znajdą, to ci ludzie umrą i to w obrzydliwy sposób”. Plan ich misji ratunkowej musi być więc doskonały, nie może w nim być miejsca na żaden błąd.

Chyba, że tak dziwny, że po prostu musi się udać. Czemu więc nie postawić na udawanie kanadyjskiej ekipy filmowej, która szuka odpowiednich miejsc na kręcenie swojego najnowszego filmu science-fiction? Pomysłodawcy swoich przełożonych przekonali do tego rozwiązania tym dialogiem:
– Nie macie żadnych lepszych pomysłów?
– Wszystkie nasze opcje są złe, ale musimy wybrać najlepszą z nich.
– Nie macie więc lepszego złego pomysłu?
– Nie proszę pana, to zdecydowanie najlepszy zły pomysł jaki mamy.