Janusz Morgenstern – Do widzenia, do jutra

Nagradzany w Gdyni, Melbourne, San Sebastian. Po filmowych arcydziełach kręcił seriale: „Polskie drogi”, „Stawkę większą niż życie”. Mógł i chciał robić więcej filmów. O Januszu Morgensternie Kazimierz Kutz mówi: – Jego życie
to piękny przykład tego, że dobro i uczciwość jednak się liczą.

Powtarzał, że sceny w filmie powinny być wyraziste. Mają zostać w pamięci 40, 50 lat. I zostają. W jego kultowym „Do widzenia, do jutra” nawet żarzące się węgielki dwóch papierosów w ciemności są piękną metaforą romantycznego spotkania. Inna, najsłynniejsza chyba scena w historii polskiej kinematografii z „Popiołu i diamentu”, w której grający powstańca Zbyszek Cybulski podpala rząd kieliszków ze spirytusem, to także jego pomysł. Janusz Morgenstern był wtedy jeszcze przed samodzielnym reżyserskim debiutem, pomagał na planie Andrzejowi Wajdzie. Miał świetne oko do aktorów. Gdyby nie on, Wajda w ogóle nie przyjąłby Cybulskiego. Karierę aktorską zawdzięcza mu też Jan Englert. Stanisława Mikulskiego wybrał do roli Hansa Klossa.

reklama

ZDOLNOŚĆ ZAPOMINANIA

Debiutował późno. W ogóle późno poszedł do szkoły filmowej. W roku 1949 miał 27 lat, był starszy od innych zdających. Wśród jego kolegów z roku był Kazimierz Kutz, z którym od razu się zaprzyjaźnili. Łączyło ich między innymi to, że obaj trochę „odstawali”. Kutz z powodu śląskich, Morgenstern żydowskich korzeni. Byli też najlepszymi studentami, Janusz – którego wszyscy przez całe życie nazywali Kubą – nawet odrobinę lepszym. Mimo to długo nie mógł zrealizować dyplomu. Wiele z jego scenariuszy nie przepuściła cenzura. Na ekranie często poruszał temat wojny, ale sam nie chciał wracać do własnej wojennej przeszłości. Nawet w gronie bliskich. Powtarzał, że na szczęście ma zdolność zapominania. Przeżył Holocaust, getto. Wiadomo, że na rodzinnym Podolu ukrywał się w lesie, ale i w prywatnym domu, w dziurze wykopanej pod podłogą. W słynnym wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” pt. „Życie raz jeszcze” (odniesienie do tytułu jednego z jego filmów) sprzed ośmiu lat po raz pierwszy opisuje: „kryjówkę przykrywała klapa, nad nią stało łóżko”. Po tym, jak front przesunął się na Zachód, wyszedł z ukrycia. Bez żadnych dokumentów wkrótce został zatrzymany i zaprowadzony na komisariat, gdzie dostał propozycję nie do odrzucenia: armia albo zsyłka na Sybir.

POKORA

Jacek Bromski, reżyser i prezes Stowarzyszenia Filmowców Polskich, mówi, że kiedy zobaczył „Trzeba zabić tę miłość” Morgensterna, zdecydował się pójść do szkoły filmowej:

Zrozumiałem, że w przaśnej rzeczywistości PRL-u można jednak robić filmy europejskie opisujące problemy moralne młodych ludzi i nieobciążone ideologią.

„Trzeba zabić tę miłość” to młodziutka Jadwiga Jankowska–Cieślak w głównej roli i przedsmak kina moralnego niepokoju. W roku 1972 było to równie ożywcze i nowe jak wcześniej poetyckie dialogi i obraz gdańskiej bohemy w „Do widzenia, do jutra” kręconym krótko po stalinowskiej odwilży. Doceniano to i w Polsce, i na zagranicznych festiwalach. Ale są i tacy, którzy uważają Morgensterna za artystę nie do końca spełnionego. Sam mówił, że oglądając filmy Felliniego czy Bergmana, zastanawia się, co właściwie robi w tym zawodzie, bo nigdy nie osiągnie tego szczytu co oni. Kazimierz Kutz uważa: – Kuba miał dobry warsztat, ale to, o co przede wszystkim mu chodziło, to praca jako taka. Myślę, że po traumie wojennej miał w sobie pewien specyficzny stosunek do życia. Był wdzięczny za to, że przetrwał i że w ogóle może robić filmy.

Uwielbiał być na planie. Po tym jak nadeszła wiadomość o jego śmierci, aktorki – Krystyna Janda i Anna Romantowska – wspominały, jak dziękował ekipie za udane ujęcie. Z tym samym entuzjazmem podchodził do swojego drugiego zawodu – producenta. Od 1978 roku aż do śmierci kierował Studiem Filmowym „Perspektywa”.

(…)

Więcej w Zwierciadle 10/2011

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »