Julia Roberts – Jestem mistrzynią gry wstępnej

Romantyczna na ekranie, w życiu doskonale wie, czego chce. Wiedziała, które role odrzucić, żeby zdobyć
Oscara. Julia Roberts osiągnęła to, co zamierzała, i już nic nie musi. Złagodniała.

Ten sam wdzięk i dowcip. Ta sama wystudiowana fryzura w stylu „właśnie wyszłam spod prysznica”. Figura też ta sama co 20 lat temu. I najlepiej opłacany uśmiech świata, którego szerokości pozazdrościłby jej Tyrannosaurus rex. Przy bliższej inspekcji okazałoby się zapewne, że ulubienica Ameryki ma zmarszczki wokół oczu i kilka zamaskowanych fałd. Tylko że Julia Roberts nikomu nie pozwala na takie oględziny. Jest gwiazdą w starym, dobrym stylu: starannie kreuje swój wizerunek i pokazuje nam tylko to, co chce.

reklama

Oczekiwana zmiana miejsc

Publiczność w studiu telewizyjnym na nagraniu programu Davida Lettermana wstaje z miejsc. Huk oklasków i okrzyków niemal zrywa dach. To normalne powitanie, które czeka Julię Roberts, gdziekolwiek się pojawi. Inna sprawa, że pojawia się niezwykle rzadko. Aktorka kłania się, rozdaje uśmiechy i natychmiast kradnie cały show. Nawet to, że po 15 minutach pojawia się u jej boku równie uwielbiany Tom Hanks, nie zmienia faktu, że tego wieczoru w studiu jest tylko jedna prawdziwa gwiazda. Letterman mógłby równie dobrze pójść na drinka.

Aktorska para promuje efekt swojej najnowszej współpracy, film „Larry Crowne. Uśmiech losu”. Hanks (również reżyser filmu) gra w nim złagodzoną wersję Forresta Gumpa, który idzie do college’u mocno po czterdziestce, a Julia – jego rozczarowaną życiem nauczycielkę. Morał jest łatwy do przewidzenia: w życiu nigdy na nic nie jest za późno. W dorobku Julii to kolejna rola, która sprawi, że jej fani nie wyjdą z kina zawiedzeni. Bez rewolucji i wielkich niespodzianek – „Larry Crowne…” to dobry film na randkę. Wszechświat stanie się bogatszy o kilka poprawionych humorów. Roberts, po raz drugi po „Uśmiechu Mony Lizy”, występuje tu jednak w roli mentorki. – W scenariuszu moim zadaniem jest inspirowanie młodych, chłonnych umysłów – opowiadała półżartem. – Na planie sytuacja wyglądała podobnie, bo ja i Tom występowaliśmy tam z gromadą bardzo młodych aktorów, stawiających pierwsze kroki w zawodzie. Oczekiwali od nas – i słusznie – że wejdziemy do pokoju i pokażemy im, „jak to się robi”. Historia zatacza koło… Sama Julia uczyła się od najlepszych: swoich rodziców i rodzeństwa. Rodzice prowadzili na przedmieściach Atlanty zajęcia teatralne dla dzieci z sąsiedztwa, a jej brat Eric i siostra Lisa przyłączali się do przedstawień. W domu było gwarno i wesoło, ale ciągle brakowało pieniędzy – Betty Lou i Walter Robertsowie nie potrafili zarobić na swojej pasji do sztuki. Po ich rozwodzie czteroletnia Julia wyprowadziła się z matką i siostrą do Smyrny – brat został z ojcem.

To nie było fajne: mieć nowy dom, nowego ojczyma i nowy aparat na zębach. W szkole dzieciaki uznały, że taki patyk jak Julia, i do tego w okularach, to świetny obiekt drwin. Eric miał lepiej – tata wciąż go wysyłał na lekcje aktorstwa, podczas gdy jego siostra Julia grała zaledwie na klarnecie w szkolnym zespole. Chciała zostać weterynarzem.

Walter Roberts zmarł na raka, gdy dziewczynka miała zaledwie dziesięć lat. Śmierć ojca była dla niej szokiem. – Poczułam, jakby spadły mi klapki z oczu. Powiedziałam sobie, że wszystko może być inaczej, że muszę wierzyć w siebie. Że muszę zrealizować własne marzenia – wyznała w jednym z wywiadów. Ostatni egzamin, skończona szkoła, żegnajcie rodzinne strony. Eric i Lisa czekali już na nią w Nowym Jorku – on miał na koncie spory sukces kinowy i nominację do Oscara, ona debiutowała w zawodzie. Julia zakasała rękawy: za pensję sprzedawczyni lodów w Baskin-Robbins i ciuchów w butiku na Manhattanie opłacała lekcje aktorstwa. Wyznaczyła sobie zawodowe cele. Punkt pierwszy: jeśli z grania będzie w stanie opłacić czynsz, to znaczy, że osiągnęła sukces. Punkt drugi: nigdy nie rozbieraj się przed kamerą. Punkt trzeci (tak zawsze mówił tata): jeśli coś mówisz do kamery, to mów z sensem. Brat pomagał, jak mógł, i wreszcie wciągnął Julię do jej pierwszego filmu. W „Blood Red” powiedziała tylko dwa słowa – zawsze to lepiej, niż grać halabardnika lub wieśniaka z tłumu. Kolejna rola w niezauważonej „Satysfakcji”, dwie telewizyjne i wreszcie – „Mystic Pizza”, gdzie po raz pierwszy dostrzegli ją krytycy i publiczność. Anioł stróż pojawił się jednak u jej boku w postaci aktorki Sally Field, żony producenta „Satysfakcji”. Field wzięła młodą Julię pod swoje skrzydła, wzięła na siebie rolę nauczycielki życia i zawodu, a także zaangażowała „chudzinkę” do swojego nowego projektu: „Stalowe magnolie”. Za rolę Shelby, chorej na cukrzycę dziewczyny, która mimo problemów ze zdrowiem „woli mieć trzy cudowne minuty niż całe nijakie życie”, Roberts dostała nominację do Oscara. Myślała, że wreszcie doszła na szczyt, ale jej anioł wiedział swoje. Hollywood ma krótką pamięć, a oprócz sukcesu u krytyków liczy się przede wszystkim kasa. Julii potrzebny był finansowy hit. Sally Field zrobiła więc wszystko, aby jej podopieczna zagrała tę prostytutkę o złotym sercu. Projekt nazywał się „3000”. Do kin trafił pod bardziej chwytliwym tytułem: „Pretty Woman”. Nagle Julię Roberts znali wszyscy – od Czukotki po Kongo.