Julie Delpy spędza „Dwa dni w Nowym Jorku”

Kino Świat

Przez pierwsze pięć minut kontaktu z kinem Julie Delpy można mieć wrażenie, że zaszła pomyłka i oglądamy jakiś nowy film Woody’ego Allena.
Zgadza się wiele elementów: bohaterowie ich filmów są przede wszystkim strasznie gadatliwi. Od pierwszej sceny pękają w szwach od wypowiedzi wielokrotnie złożonych, wystrzeliwanych przez aktorów w tempie karabinowej serii, co chwila potykających się o jakiś językowy niuans, który staje się przedmiotem konfliktu między bohaterami. Aktorzy gestykulują przesadnie, w kadrze wiją się wyrzucane ręce i pulsują powykrzywiane twarze. To znak, że grają postaci neurotyczne, z jakichś przyczyn niedające sobie rady z własnymi emocjami, jak gdyby język – choć tak bogaty – nie wystarczał im do walki ze światem. Myleniu Allena z Delpy sprzyja fakt, że akcja jej najnowszego filmu – „Dwa dni w Nowym Jorku” – toczy się w ulubionym mieście Woody’ego. Ale na tym chyba kończą się zbieżności.

Od razu zaznaczam, że film trzeba zobaczyć, by docenić wzrastającą umiejętność Delpy do pisania genialnych scen komediowych, którymi film jest tak naszpikowany, że widzowie nie nudzą się ani przez chwilę. Pomysł na zrąb fabuły jest bardzo prosty: do Nowego Jorku, gdzie Marion żyje ze swoim synkiem, partnerem i jego córką, przyjeżdża w odwiedziny jej „paryski ogon”: ojciec, który umie komunikować się tylko po francusku, siostra-nimfomanka oraz jeden z jej wielu partnerów, który okazuje się także byłym kochankiem Marion. We w miarę uporządkowany mikroświat artystki i jej chłopaka-prezentera radiowego, który do tej pory myślał o sobie, że jest kontrowersyjny, wkracza trójgłowy element chaosu, który samym swoim istnieniem wywraca wszystko do góry nogami.

Julie Delpy ma to wielkie i rzadkie szczęście, że choć jej ścieżka kariery przebiegała z dala od klasycznej drogi do Hollywood, może robić niezależne, autorskie filmy, które na dodatek cieszą się powodzeniem. Przy założeniu, że nikt postronny nie ingerował znacząco w ostateczny kształt „Dwóch dni w Nowym Jorku”, można ten film ustawić w szeregu z innymi dziełami Delpy i spróbować powiedzieć co nieco o ewolucji przedstawianych w nich przekonań czy wręcz filozofii życiowej. Paskudny to termin, ale zauważyć trzeba, że głos reżyserki coraz odważniej przyjmuje postać komentarza z offu, który objaśnia nam, co właśnie zobaczyliśmy na ekranie i jak to się ma do „życia w ogóle”.