Krok przed dorosłością. Filmowe wcielenia Mii Wasikowskiej

Tim Burton zawsze miał dobre oko do postaci o nietypowej, acz pociągającej urodzie. Mimo że Mia Wasikowska po raz pierwszy stanęła przed kamerą już jako 15-latka, to właśnie kalifornijski reżyser odkrył ją dla całego świata, mianując „Alicją w Krainie Czarów”. Od tamtego czasu australijska aktorka o polskich korzeniach nie schodzi z kinowych ekranów, a jej kalendarz napięty jest do 2016 roku!
A miała być baletnicą. Od 9 roku życia ćwiczyła intensywnie w rodzinnym mieście Canberra, nawet po osiem godzin dziennie. Pewnego dnia odkryła, że bardziej interesujące wydają się jej ludzkie niedoskonałości niż obsesyjna dążność do perfekcjonizmu. Dzięki baletowi odrobiła jednak lekcje z cielesnej samokontroli oraz psychicznej odporności. Teraz przyszedł czas na wyzwalanie do tej pory tłumionych emocji. Znalazła ku nim idealne ujście – aktorstwo.

reklama

Od pierwszego castingu nie było żadnej mowy o tremie. Już od dziecka towarzyszył Mii widok obiektywu jako córce polskiej fotografki – Marzeny Wasikowskiej. Być może dlatego wydaje się taka powściągliwa i opanowana, jakby ciągle znajdowała się w soczewce aparatu lub przed baletowym lustrem. Jej klasyczna uroda i filigranowa sylwetka zadziałały magnetycznie. Na dziewczynę z sąsiedztwa miała jednak zbyt szlachetne rysy, na seksbombę z kolei brakowało jej mocno podkreślonych kobiecych kształtów. Miejsce Mii będzie zawsze pomiędzy: tym, co samo narzuca się w skojarzeniu a typem charakteru, który wykreuje. To mała, zagubiona dziewczynka, ale tylko z pozoru. Wystarczy spotkać się z jej mocnym i zdecydowanym, chciałoby się powiedzieć, męskim wzrokiem.

Nigdy nie ukrywała, że droga jej kariery przebiega wzdłuż dwóch aktorskich fascynacji: Holly Hunter, którą uwielbia za rolę w „Fortepianie” Jane Campion, oraz Geny Rowlands – charyzmatycznej muzy Cassavetesa. Obie panie to niewątpliwe mocne charaktery i uosobienie determinacji – także na ekranie, czego również Mii nie można odmówić.

Mogłaby zostać modelką, gdyby nie wzrost. Historia tego zawodu zna jednak przypadki niskich kobiet, które świetnie odnalazły się w świecie mody, np. Twiggy – „gałązka”, zwana także czule „patyczkiem”, przy swoich165 cm. Mia także do najwyższych nie zależy (162 cm) i również ma w sobie coś z leśnego stworzenia: w „Jane Eyre” oraz „Restless” zostaje „ptaszyną”, w pierwszym wypadku Michaela Fassbendera, w drugim swojego rówieśnika – Henry’ego Hoppera. Filigranowa Twiggy zaczynała od salonu fryzjerskiego – nie jako klientka, ale pracownica. Podobny los dotknął Mię, która na dużym ekranie zadebiutowała w dość nietypowej roli, trochę na przekór swoim predyspozycjom. W „Szatańskim planie” (2006) zagrała Sherry – nawiną i bezwolną kosmetyczkę, która pielęgnuje urodę „osiedlowej celebrytki” Kat – znanej z mini spódniczek, słabości do mężczyzn i pisku opon.

Zanim Mia wylądowała na wielkim ekranie, świetnie dawała sobie radę na mniejszym – telewizyjnym. Zaczęła w 2004 roku od dwóch epizodów w australijskim serialu „Cena życia” („All Saint”). Potem padła propozycja znad oceanu. HBO rozpoczęło pracę nad „Terapią” ( „In Treatment”), w której początkująca aktorka miała wcielić się w postać Sophie – gimnastyczki z samobójczymi skłonnościami. Pewną siebie pilotkę – Elinor Smith – zagrała w filmie biograficznym u boku Hilary Swank (tytułowej Amelii Earhart) oraz Richarda Gere’a. Niewątpliwie to doświadczenie (zgoła feministyczne) w kreowaniu mocnej i niezależnej kobiety zaowocuje w przyszłości – na planie ekranizacji XIX-wiecznej powieści Charlotte Brönte.

Jako Alicja w filmie Tima Burtona

Nic jednak nie było tak wielkim wyzwaniem i nie przyniosło jej do tej pory tylu zaszczytów i zachwytów publiczności, co unowocześniona wersja „Alicji w Krainie Czarów”. Nie jest to bowiem opowieść o dorastaniu, ale o próbie ucieczki przed dorosłością. Pod naporem Burtonowskiej wyobraźni Alicja jest 19-latką, która nie ma za bardzo ochoty na zamążpójście. Zostawia więc swojego niezbyt urodziwego zalotnika bez odpowiedzi i ponownie wpada do króliczej nory, gdzie czeka na nią zupełnie inny świat, pełen dziwnych (nieco stetryczałych) postaci. Jako jedyna wciąż zachowuje młodzieńczą świeżość i niewinność. Tylko filuternie odsłaniająca ramiona sukienka sugeruje, że oto Alicja już nie jest tą samą małą dziewczynką sprzed kilku lat. Mia Wasikowska ze swoją dwuznaczną, zawieszającą wiek urodą, idealnie pasowała do tej roli. Grane przez nią bohaterki, zanim otworzą usta, zawsze na początku wydają się wątłe i nieśmiałe, wyrzucone przez swoją delikatność na margines. Jej moc tkwi w spojrzeniu i tonie głosu, który mimo naturalnej łagodności, potrafi zadziwić stanowczością.

Jako silna i zdeterminowana osobowość, której po wyglądzie nikt nie podejrzewałby o taki upór, dała się poznać w uroczej komedii Lisy Cholodenko „Wszystko w porządku”. To historia dwóch lesbijek (genialne: Julianne Moore oraz Annette Bening) wychowujących nastoletnie rodzeństwo, które postanawia odnaleźć biologicznego ojca. Mia w roli Juni wielokrotnie przewyższa dojrzałością decyzji pozostałych członków rodziny, jednak w ostatecznym rozrachunku etap „prawdziwej” dorosłości dopiero przed nią. Kamera opuszcza ją tuż przed rozpoczęciem college’u.

Bohaterki Mii Wasikowskiej są niejako skazane na stan zawieszenia w „wiecznej” młodości – czy tego chcą czy też nie. Ślubny ołtarz, przed którym tak skutecznie uciekała Alicja, stał się pragnieniem, niestety niemożliwym do realizacji, kolejnego wcielenia Mii. Jane Eyre nie poślubi Rochestera (Michael Fassbender) i nie będzie powielać patriarchalnego modelu rodziny. Za to stanie się (feministycznym) uosobieniem silnej i zdecydowanej kobiety zaklętej wciąż w ciele dziewczynki.

W filmie "Jane Erye"

Doświadczenia niewspółmierne do wieku dotkną także kolejnej postaci odgrywanej przez Australijkę. Umierająca na raka Annabel z „Restless” Gusa van Santa to mentalne przedłużenie Jane, jej przytłaczającej samotności i „męskiego” charakteru, co wizualnie odda radykalny krok w transformacji Mii w „chłopczycę”. Nie ona pierwsza miała stracić nadmiar słodyczy wraz z blond puklami. Podobny los podzieliła wcześniej Mia Farrow do roli w „Dziecku Rosemary”, Emma Watson, a niedawno także Carey Mulligan po zbyt łatwym skojarzeniu z Audrey Hepburn w filmie „Była sobie dziewczyna”.

Mimo ciągłych przebieranek czy to w Disney’owskie sukienki, XIX-wieczne gorsety czy w stylu vintage, Mia wciąż nie traci na swej dziewczęcości. To jedna z tych postaci ekranu, które raczej nie tyją i długo pozostają młode bez uzdrawiających zabiegów. Van Sant pociągnął tę predyspozycję w stronę androgyniczności. Ciekawe co wydobędą z niej Jim Jarmusch czy Park Chan Wook, z którymi aktualnie pracuje.