Melancholia

Materiały prasowe

„Melancholia”, zrealizowana na tę samą stylistyczną nutę, co „Antychryst”, jest wersją absolutną przedstawionej tam historii. To także rozpad, ale już nie czyjegoś ciała i umysłu, a życia, świadomości, całego jestestwa.
Jeśli tam „kościołem Szatana” jest natura, tu jest nim cały znany nam świat, dziwnie poskręcany, konający. „Jesteśmy sami we wszechświecie” – pada w pewnym momencie z ekranu, co stanowi bardzo dobre podsumowanie całości. Bo – jak się wydaje – nie o wizję zawieszonych gdzieś samotnie planet, pozbawionych życia, sensu, znaczenia, tutaj chodzi.

reklama

Lars von Trier raz jeszcze obnaża przed nami swoje lęki, konfrontując bohaterów film z ostatecznością, złem i bezcelowością świata. Jego obawy przyjmują wymiar ekstremalny, ostateczny – już w pierwszej, niepozostawiającej najmniejszych złudzeń scenie obserwujemy, jak olbrzymia, kilkukrotnie większa planeta zderza się z drobniutką Ziemią, rozbijając ją na atomy. Ratunku nie będzie, z tego koszmaru się nie obudzimy.

Zbudowany na prostych kontrapunktach (np. monumentalne, liryczne zwolnienia obrazu z jednej strony, rozchwiana, wyniesiona jeszcze z dogmy kamera z drugiej) dramat psychologiczny von Triera szuka odpowiedzi na banalne – jak może się wydawać – pytania. Jak mierzyć się z apokalipsą? Pozostać na łasce losu, czekać? Czy należałoby wtedy – jak proponuje jedna z bohaterek – wypić lampkę wina, posłuchać IX symfonii Beethovena? Rzucić się do ucieczki? Ale dokąd, gdzie? Przecież tyle rzeczy wciąż jest do zrobienia, tyle słów do wypowiedzenia. Przynajmniej na pozór, zdaje się mówić von Trier, bo nasze własne konstelacje zdarzeń, nasze indywidualne wszechświaty nie mogą mierzyć się z tym, którego są ledwie częścią. Świat to za mało.

2011, Dania, Francja, Niemcy, Szwecja, Włochy reż. Lars von Trier, wyk. Kirsten Dunst, Charlotte Gainsbourg, Kiefer Sutherland. dystr. Gutek Film