„Miłość” Michaela Hanekego

materiały prasowe

Dziś do kin wchodzi „Miłość” Michaela Hanekego, nagrodzona w Cannes Złotą Palmą. 74-letni reżyser porusza jedno z względnie nowych tabu w kulturze zachodnioeuropejskiej – powolnego umierania na oczach najbliższych i stopniowej utraty władz umysłowych.
Podkreślam ten kontekst Zachodniej Europy nie bez przyczyny – wydaje mi się bowiem, że nasz odbiór tego filmu może być znacząco inny od odczuć choćby Francuzów. Ale już niedługo ta różnica może się zatrzeć. W wysoko rozwiniętych krajach coraz rzadziej żyje się w wielopokoleniowych rodzinach, warunkiem gloryfikowanej samodzielności jest co najmniej oddzielne mieszkanie. Chorych rodziców i dziadków, którzy nie są już w stanie sami zadbać o siebie, odsyła się więc często do (nierzadko luksusowych) domów seniora czy hospicjów, gdzie oprócz wszelkich wygód mieszkaniec ma także zapewnioną całodobową opiekę medyczną. Tym samym codzienne utrapienia osoby niedołężnej, obłożnie chorej, znikają za murami pięknych ośrodków, a ich dzieci mogą wieść względnie wolne od tych utrapień życie tak jak do tej pory. Widać więc śmierć, ale nie widać umierania. Odbywają się pogrzeby, krótkie ceremonie, które przynoszą w najlepszym wypadku chwilowy emocjonalny szok, ale codzienna świadomość przemijania usunięta jest z pola widzenia. Choroba jest aberracją, błędem systemu, który zakłócałby bieg świata poza murami hospicjów.

Haneke pokazuje sytuację odwrotną, dlatego prawdopodobnie szokującą dla większości widzów. Jego bohaterowie to małżeństwo z wyższych warstw społecznych, związane ze światem sztuki wysokiej – muzyki klasycznej – a więc miłujące formę i potęgę umysłu, możliwie dalekie od problemów fizjologii i ciała. Film nie bez przyczyny otwiera scena koncertu w filharmonii. Dialogi Alexandra i Anne, nawet te toczone w domowym zaciszu, są kunsztowne i wyważone. Prawie nie ma w nich emocji – i nie jest to tylko maska, pod którą kotłują się jakiekolwiek popędy; mimika bohaterów, ich gesty nie zdradzają nic poza siłą charakteru, potęgą człowieka, który jest świadomy swojej wartości i nie musi nikomu niczego udowadniać. Łatwo to pomylić z oziębłością – stąd możliwe interpretacje, które zasłyszałam kątem ucha po projekcji, że to wcale nie miłość a wyrachowanie, dobre maniery. Niewykluczone zresztą, że Hanekemu zależało na wywołaniu takiej kontrowersji. Jednak tytuł wszystko pieczętuje: dla Hanekego to właśnie jest miłość. Nie szaleńcze porywy a wzajemny szacunek do samego końca, spełnianie woli partnera wbrew całemu światu.

A koniec to najsmutniejszy z możliwych, zaś wola jest sprzeczna nie tylko z wolą całego świata, lecz i samego partnera. Utrwalona w fotosach widocznych na plakatach filmu scena zawiązuje akcję i jest kluczem do zrozumienia dramatu bohaterów. Podczas spokojnej wymiany poglądów przy śniadaniu Anne (Emmanuelle Riva) na jakiś czas traci świadomość. Nagle miłość życia Alexandre’a (Alexandre Tharaud), kobieta, którą podziwiał, szanował i która dorównywała mu intelektualnie, przestaje się komunikować, staje się tylko ciałem bezrozumnie spoglądającym w dal. Ta scena buduje napięcie, ale też chyba pokazuje, jak mogłaby wyglądać nagła śmierć, której wielu ludzi sobie życzy. Rozmowa przerwana w pół zdania, niedokończone śniadanie, niespełnione plany – koniec.

Ale śmierć, która przyjdzie, jest powolna i niezwykle bolesna. Na samym początku tej drogi, po nieudanej operacji Anne poprosi Alexandre’a, by uszanował jej wolę i nigdy więcej nie posyłał jej do szpitala, co jest równoznaczne z leczeniem jedynie objawowym i powolnym pogarszaniem się jej kondycji. Alexandre przystaje na tę prośbę, ku własnemu przerażeniu i błaganiom córki. „Rozmawiaj ze mną racjonalnie” – krzyczy Eva (Isabelle Huppert). „Chcesz ją wziąć do siebie? Czy oddać do hospicjum?” – pyta Alexandre. „No, rozmawiaj ze mną racjonalnie”.

Czego nie spotkamy w tym filmie, a jest typowe dla obrazowania śmierci w kinie, to tradycyjnie rozumiane pożegnania. Haneke nie stawia żadnych progów, rozdaje cząstki śmierci poszczególnym scenom, nieco zaburza chronologię wydarzeń, przez co każdy z bliskich Anne żegna się z nią – czy bardziej dosłownie: godzi z jej śmiercią – w innym momencie i w inny sposób. Odwracając uwagę od momentów przełomowych, deprecjonując porywy emocji, a dowartościowując ledwie zauważalne gesty, minimalne zmiany świadomości, Haneke bardzo konsekwentnie tworzy dwugodzinną protezę dla zachodnioeuropejskiej wyobrażenia o miłości, pokazując naturę człowieka zanurzonego w czasie, skazanego na przemijanie.