„Na zawsze Laurence” – recenzja

Spectator

Najnowszy film „złotego dziecka filmu”, czyli Xaviera Dolana – „Na zawsze Laurence” dziś wchodzi do kin.

Spectator/więcej zobacz w galerii

Laurence to 30-letni nauczyciel. Mieszka ze swoją dziewczyną, w której jest szaleńczo zakochany, w Montrealu i wiedzie dość beztroskie życie. Pozornie. Laurence od lat marzy o zostaniu kobietą. I pewnego dnia postanawia nią zostać, decydując się na totalną przemianę – od zmiany wizerunku po operację. Rzecz dzieje się na przełomie lat 80.i 90. XX wieku.

Jego decyzja niesie za sobą całą lawinę bolesnych zmian: od ostracyzmu ze strony społeczeństwa i wyrzucenia ze szkoły (w 1991 transseksualizm według Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego nadal funkcjonował jako choroba psychiczna), po utratę ukochanej. Fred, która postanawia wspierać Laurence’a, nie wytrzymuje presji i poczucia osamotnienia w jego świecie, gdzie wszystko sprowadza się do zmiany jego wizerunku.

„Na zawsze Laurence” to przede wszystkim piękna historia miłości. Fred i Laurence wracają do siebie i odchodzą na kolejnych zakrętach życiowych – wciąż siebie pragnąc, w poczuciu, że są dla siebie stworzeni, ale jednak ze świadomością, że coraz mniej spełniają swoje oczekiwania. Fred ze zbuntowanej dziewczyny staje się poszukującą stabilizacji kobietą, uciekając w „normalność” małżeństwa, rodząc dziecko, dusząc się w związku bez miłości. Jednocześnie miłość jej życia, Laurence, reprezentuje sobą nagle wszystko to, co ze stabilizacją i poczuciem bezpieczeństwa nie ma nic wspólnego. Po kolejnym spotkaniu pozostaje coraz większy smutek i rozczarowanie.

To co podoba mi się najbardziej w filmie Dolana -choć trudno chwilami znieść wydłużone niemiłosiernie kolejne sceny refleksji pod prysznicem czy palenia papierosa w zapamiętanej rozpaczy – to te momenty totalnej radości, jaką przeżywają bohaterowie. Dolan jest niepoprawnym, młodzieńczym romantykiem (w końcu chłopak ma 23 lata, a to jego trzeci – po doskonałym debiucie „Zabiłem moją matkę” film), który w cudowny sposób pokazuje, jak można dzielić się szczęściem ze światem. Te momenty, gdy podczas ucieczki na wymarzoną wyspę, na Fred i Laurence’a spada kolorowy deszcz ubrań, czy kiedy matka zrzuca telewizor na złość ojcu i wreszcie wychodzi z Laurencem na spacer – są jak spełnienie bajecznych marzeń, które wszyscy mamy, pod tytułem: gdyby tak nagle zawirował świat. U Dolana świat wiruje, pozwala odlecieć zupełnie na trzeźwo, z dala od konwenansów, podziału na role, na płcie, na światopoglądy.

I choć trudno uniknąć filmowi porównań z rewelacyjnym obrazem Duncana Tuckera, pt. „Transamerica”, gdzie Felicity Huffman wciela się w transseksualistę, który pragnie zostać kobietą, to Dolan wychodzi obronną ręką z tego zestawienia – choć jego film nie jest tak ciekawym społecznie filmem jak „Transamerica”, to ujmuje widza swoją poetyką i udanym pokazaniem zmian obyczajowych w Kanadzie lat 90.