Paweł Ferdek – Jeden plus jeden równa się jedenaście

trudną sytuacją – a jest przecież wolnym elektronem nie zaczepionym w żadnej pracy ani w rodzinie. Nie ma ojca, jej matka absolutnie jej nie rozumie i jest przeciwko niej. Ki mogłaby być płaczliwą osobą pełną pretensji do całego świata. Tymczasem cały czas rwie do przodu.

– Ucieka ku czemuś, a nie od czegoś.

Kadr z filmu "Ki"/fot. materiały prasowe

Tylko nie wiadomo ku czemu… Ki walczy z przeszkodami dnia codziennego, ale nie ma żadnego długofalowego planu, który chciałaby zrealizować. Jej próba wejścia do świata sztuki jest bardziej reakcją na to, że jej przyjaciółka wykorzystuje ją i nie chce jej za to zapłacić. To impuls, który popycha ją do wzięcia do ręki kamery i próby zmierzenia się z własną historią. Ki jednak szybciej działa niż myśli. Wprowadzenie do filmu postaci, która irytuje, sieje zamieszanie, a jednocześnie jest wzruszająca owocuje pojawieniem się niejednoznacznej, granicznej sytuacji, która porusza w widzach wiele strun.

– W takiej niestabilności emocjonalnej tkwi największa destrukcja. Jest tak samo wyniszczająca jak uzależnienie od heroiny. Euforia cyklicznie obraca się w ogromną depresję, bardzo trudno to przerwać. Wspomniałeś, że Ki nie ma ojca, jej synek też go nie ma. Nie ma w filmie żadnej przeciwwagi do macierzyństwa.

Ki nie poznała swojego ojca i może to się przekłada na fakt, że w zapisanym w jej świadomości