Skóra, w której żyję

fot. materiały prasowe

Opowieść o zemście, która zadziwi nawet najbardziej zatwardziałych kinomanów. Almodovar powraca do bezkompromisowej formuły thrillera, znanej choćby z „Matadora” z połowy lat 80.
Od samego początku przyglądamy się młodej kobiecie o imieniu Vera (nowa muza Almodovara, Elena Anaya), więzionej w domu wybitnego chirurga Roberta (Antonio Banderas). Vera pełni rolę królika doświadczalnego, na której Robert testuje skórę doskonałą, odporną na wszelkie obrażenia.

reklama

To tylko wstęp – historia rozwija się w kierunku absolutnie nieprzewidywalnym, dlatego nie chcę zdradzać dalszej części fabuły. Już dawno w filmach Almodovara nie było czuć takiego „pazura”. Thriller przeplata się z kryminalną historią o zemście, miłości i filmem grozy, przypominającym trochę nowoczesną opowieść o Frankensteinie. A zemsta, jaką pokazuje nam reżyser na ekranie, wprost zniewala okrucieństwem i bardzo odbiega od tego, co do tej pory można było zobaczyć w kinie. Jest tym silniejsza, że bierze się z wielkiej miłości i straty osoby kochanej, a to stanowi naprawdę wybuchową mieszankę.

Film jest wspaniale sfotografowany, ma znakomitą muzykę, która idealnie współgra z niepokojącą tonacją całego obrazu. Reżyser znów bawi się stylami i formą, eksperymentując z ramami czasowymi. Nowe odkrycie Almodovara, Elena Anaya, jest fantastyczna. No i po raz pierwszy od ponad 20 lat Antonio Banderas ponownie wystąpił w filmie reżysera, który odkrył go dla świata.

La Piel que habito, Hiszpania 2011, reż. Pedro Almodóvar, wyk. Antonio Banderas, Elena Anaya, dystr. Gutek Film