Tabu – z miłości do kina niemego

"Tabu
Aurora Film

„Tabu” to list miłosny wysłany kinu niememu – pisany melancholią, inkrustowany odnośnikami do przygodowej klasyki, pachnący słodko-gorzką melodramą.

"tabu"
Aurora Film/więcej w galerii

reklama

W przeciwieństwie do oscarowego „Artysty”, jest to jednak coś więcej niż tylko celebracja magii celuloidu – to tęsknota za dawną namiętnością, określonymi emocjami.

Nagrodzony pięcioma Oscarami film Michela Hazanaviciusa był prawdziwym samograjem. W czasach, gdy kinem rządzi nostalgia, nie trudno uwieść publikę zręczną rekonstrukcją minionej epoki. Miguel Gomes, autor „Tabu”, decyduje się tymczasem na krok trudniejszy – stylizacja na kino nieme jest u niego tylko punktem wyjścia, cała reszta zależy od widza.

Całość dzieli się na dwie części, pozornie od siebie niezależne, ale jednak dobrze się uzupełniające. W części pierwszej, rozgrywającej się we współczesnej Lizbonie, poznajemy Pilar, na oko pięćdziesięcioletnią, zanurzoną w bliżej nieokreślonej melancholii samotniczkę. Kobieta wypracowała sobie pewną rutynę, którą w dużej mierze wypełnia pomaganie innym, ale nie czyni jej to szczęśliwą. Jedną z osób, którym Pilar poświęca swój czas jest schorowana, żyjąca przeszłością sąsiadka Aurora. Gdy w drugiej części niespodziewanie cofamy się do kolonialnej Afryki sprzed półwiecza, bohaterką filmu staje się właśnie ona. Młoda, zuchwała i niezależna, wikła się w miłosny trójkąt o tragicznych konsekwencjach.

Wspólnym motywem obu połówek jest utrata. Nie wiemy, co straciła Pilar, ale historia Aurory – przedstawiona od A do Z – może stanowić tego pewien ekwiwalent. Tym bardziej, że obie opowieści zazębiają się pod względem formalnym, tworząc pewną harmonię – część pierwsza jest kinem dźwiękowym, ale zaskakująco cichym, posługującym się minimalną ilością dialogów; część druga z kolei to już kino nieme, ale dziwnie głośne, pozbawione plansz z napisami, mające za to narrację z offu i dźwięki otoczenia. Całość spinają piękne, wystudiowane kadry w ziarnistej czerni i bieli.

Gomes sprawnie łączy surową, ale niepozbawioną swojej osobnej magii współczesność z zatopioną w metaforycznych filmowych odniesieniach przeszłością. Rzeczywistość zestawia z mglistym wspomnieniem, snując przy tym bardzo klasyczną, rzadko spotykaną we współczesnym kinie historię miłosną, która istnieje już tylko w pamięci narratora – kochanka Aurory z młodości. I być może dlatego, jako rzecz subiektywna, podatna na przeinaczenia, wpisuje się ona w pewną narracyjną sztampę, utożsamianą przez Gomesa właśnie z kinem, na które jest stylizowana. Czy historia Aurory w ogóle się wydarzyła? Czy jest to tylko jej idealizacja, potrzebna Pilar do odzyskania (choćby na chwilę) tego, co kiedyś sama utraciła?

Odpowiedzi nie są ważne. Każdy sam zdecyduje, dopisze obrazom konkretne emocje. To na tym etapie zaczyna się zresztą definiować prawdziwa wartość „Tabu” – im bardziej jego seans będzie się od nas oddalał, w tym ciekawszy sposób sam film będzie powracał i przetwarzał się w naszej pamięci. Podobnie jak historia Aurory, robiąc to za sprawą szczątkowych, sugestywnych obrazów, które z całej opowieści zapamiętaliśmy. Teraz żyją już własnym życiem.