Weekend z królem – recenzja

Weekend z królem
Kino Świat

Bill Murray przyciąga wzrok jako schorowany i samotny Franklin D. Roosevelt, ale z trudem udaje mu się wybić ponad ospałą manierę filmu o wyraźnych, choć raczej bezpodstawnych ambicjach stania się tegorocznym „Jak zostać królem”.

Weekend z królem
Kino Świat/więcej w galerii

reklama

W tę pretensję wpisuje się zresztą polski dystrybutor, który tak przekształcił tytuł swojego filmu, by stanowił on proste i oczywiste nawiązanie do oscarowego hitu sprzed dwóch lat. Problem w tym, że tytułowy weekend, w trakcie którego Roosevelta odwiedza bohater „Jak zostać…”, jąkający się król Jerzy VI, jest tylko tłem dla zupełnie innej, szerzej rozumianej historii.

Film Rogera Michella powstał na podstawie prywatnych dzienników Margaret Suckley, dalekiej kuzynki i domniemanej kochanki prezydenta Roosevelta, i jako taki usiłuje rzucić nowe światło na jego życie osobiste. W pewnym stopniu mu się to zresztą udaje – potężny Roosevelt, kojarzony z rolą niezłomnego przywódcy wolnego świata w trakcie Drugiej Wojny Światowej, karleje tu do rozmiarów przygarbionego, zmęczonego Billa Murraya. Chory na polio, naznaczony licznymi słabościami i na ogół zamknięty w swoim gabinecie w rezydencji w Hyde Park, w niczym nie przypomina człowieka, jakiego znamy z kart historii.

„Weekend…” dzieli się na dwa pozornie niezależne wątki, które z czasem zazębiają się ze sobą. Pierwszym jest intymna relacja prezydenta ze swoją kuzynką, drugim zaś wspomniana wizyta brytyjskiego monarchy, w trakcie której Stany Zjednoczone i Wielka Brytania zacieśniają dotychczasowe więzy, formując aliancki front u progu inwazji Hitlera na Europę.

W obu przypadkach Roosevelt daje się poznać jako ważna polityczna figura, której ruchy współzależą od otaczających go kobiet. Grana przez Laurę Linney kuzynka nie jest tu jedyną istotną postacią żeńską. Szybko okazuje się, że sprawami schorowanego prezydenta zarządza nieformalny, choć sprawnie zorganizowany sztab kobiet – jego matka (Elizabeth Wilson), żona (Olivia Williams) i sekretarka (Elizabeth Marvel).

Gdy Margaret pojawia się w tym hermetycznym świecie po raz pierwszy, jeszcze tego nie rozumie. Delikatna więź z prezydentem jest dla niej silnym przeżyciem emocjonalnym – nie wie jeszcze, na jak wiele wyrzeczeń będzie musiała się zdecydować.

Film Michella stanowi pobieżny, ale jednak ciekawy wgląd w kulisy wielkiej polityki, którą po cichu zarządzają kobiety – pogodzone ze swą rolą, schowane w cieniu, ale jednocześnie zdające sobie sprawę z wagi podejmowanych przez Roosevelta decyzji. Tym bardziej szkoda, że końcowe wrażenie osłabia sielankowy, niezobowiązujący ton filmu. Posmak taniej nostalgii wyczuwalny jest zarówno w muzyce Jeremy’ego Samsa, jak i samej narracji, prowadzonej przez reżysera bez odpowiedniego nerwu.

Wymowny staje się w tym kontekście finał, w którym brytyjski monarcha, dla przełamania lodów, poczęstowany zostaje typowo amerykańskim specjałem – hot-dogiem. Podobnie jest z samym filmem – miast królewskiego dania, czeka nas co najwyżej piknik w lesie.