Władza – nieudana kopia filmów noir

"Władza"

Thriller polityczny Allena Hughesa zaskakująco szybko zużywa swój początkowy potencjał. Wychodząc od kuszącej estetyki neo noir, „Władza” dość łatwo staje się banalnym labiryntem schematów, którym nie pomaga doskonała obsada.

"Władza"
Monolith/więcej w galerii

Scenariusz debiutanta Briana Tuckera składa się z wymieszanych ze sobą klisz „czarnego” kryminału. Bohater ze skazą, ponure i nieprzyjazne miasto, wszechogarniająca korupcja, drugi plan zapełniony charakternymi postaciami – wszystko jest tu na swoim miejscu, ale tych zużytych już nieco figur nie udaje się reżyserowi zastosować do świata, który rządzi się innymi regułami, niż ten sprzed 60 lat. Problemem nie jest tu jednak samo nawiązywanie do kina noir, a po prostu nieumiejętność wykorzystania jego mechanizmów.

Głównym bohaterem „Władzy” jest skompromitowany gliniarz Billy Taggart (Mark Wahlberg), który po dyskusyjnej strzelaninie zostaje uniewinniony, ale zmuszony do odejścia z policji. Nie wie, że wolność zawdzięcza burmistrzowi (Russell Crowe), który doprowadza do zaginięcia kluczowego dowodu w sprawie, by następnie wykorzystać bezkompromisowego Taggarta we własnej grze. Kluczowymi figurami są w niej też jego niewierna żona (Catherine Zeta-Jones), jej kochanek (Kyle Chandler) oraz największy polityczny oponent (Barry Pepper).

Co dość zaskakujące, przy tak rozstawionej szachownicy, Hughes wykonuje szereg wyjątkowo niepewnych ruchów. Nie mając przemyślanej strategii, usiłuje wpasować się w obowiązujące w gatunku schematy. Kluczy więc wokół filmowego mitu o złych tego świata i dobrych, którzy muszą się im przeciwstawić, stawiając na szali wszystko, co mają. Pojawia się wątek tytułowej władzy, która niszczy i uzależnia, oraz miasta, które nigdy nie śpi, pochłaniając kolejne niewinne ofiary.

Na dłuższą metę to się jednak nie sprawdza – kolejne sceny sugerują dość problematyczne zapożyczenia z kryminałów lepszych i bardziej znanych, a postaciom brak odpowiedniego nerwu, by utrzymać fabularną grę w odpowiednim napięciu.

Pozostają niuanse. Nowy Jork jest ładnie sfilmowany, a jednocześnie złowieszczy i nieprzyjazny. Udaną rolę w filmie tworzy mało znana, 29-letnia Alona Tal, wcielająca się w sekretarkę Taggarta – jest żywa i naturalna, a jej skrywane uczucia wobec szefa zostają wygrane niezwykle subtelnie, bez spodziewanej kulminacji. Może się też podobać muzyka – chropowata, odpowiednio przygaszona, dyktująca nastrój całości.

Takich udanych elementów jest tu nawet więcej, ale w szerszym kontekście filmowi to nie pomaga. Od początku do końca nie dorasta on do mitologii, z którą się mierzy, a w efekcie jest tylko chwilowym jej zamiennikiem do czasu, gdy zdecydujemy się ponownie sięgnąć po „Asfaltową dżunglę” lub „Tajemnice Los Angeles”. Ale lepsze to, niż nic.