„Żelazna dama” – o ułomnościach ludzkiej natury

youtubce.com

Film Phyllidy Lloyd to opowieść o przeobrażeniu Margaret Thatcher w Żelazną Damę, ale także transformacji z Żelaznej Damy w pełnego słabości człowieka.
Tytuł „Żelazna Dama” i materiały prasowe sugerowały, że wchodząca 10 lutego do polskich kin opowieść o karierze Margaret Thatcher będzie koncentrować się głównie na pokazywaniu rozpoznawalnych przez nas wydarzeń historycznych z nowej, modnej perspektywy: zza kulis, niejako od podszewki. A ta o tyle miałaby być ciekawa, że jest podszewką stroju damskiego.

reklama

„Żelazna Dama” nie jest jednak prostym wywróceniem Wielkiej Historii na nice. Pokazanie zaplecza polityki, które jest bez wątpienia jednym z ważnych tematów tego filmu, nie ma na celu – jak chociażby w wyświetlanych teraz w kinach „Idach Marcowych” Clooneya – zdemaskować mechanizmy społeczne, które jawne są tylko z pozoru. Celem twórców filmu nie było też zdjęcie z piedestału kolejnej wielkiej figury i przybliżenie jej maluczkim (jak dla przykładu w „Jak zostać królem”) ani dopisanie czarnego wariantu legendy Thatcher, choć to właśnie zarzucono producentom obrazu w Wielkiej Brytanii.

Reżyserka Phyllida Lloyd potraktowała życiorys premier Wielkiej Brytanii jako punkt wyjścia do opowieści o rzeczach wychodzących poza schemat dramatu politycznego czy nawet biografii sławnego człowieka. Nakreśliła szerszy horyzont i zarazem weszła głębiej w bardzo nietypową osobowość Margaret Thatcher. A ta w jej filmie jawi się nie tylko jako kontrowersyjny polityk czy pierwsza premier w spódnicy i kobieta pracująca w środowisku opanowanym tradycyjnie przez mężczyzn. Pozostaje córką sklepikarza, która dzięki swojemu uporowi (wynikającym czasem z naiwności czy niewiedzy) przechodzi niewiarygodny awans społeczny, oraz matką o bardzo skomplikowanym podejściu do swoich dzieci. Już wszystkie te role wystarczyłyby za materiał na spory acz konwencjonalny dramat.

Scenarzystka Abi Morgan postanowiła dopisać do tych wątków problemy, które nie miały szansy ujrzeć światła dziennego, zatem nie mogą być zweryfikowane z „prawdą” i w gruncie rzeczy nie zmieniają nic w postrzeganiu „prawdziwej” Margaret Thatcher. Pozwalają za to wyjść od jej postaci do pewnej ponadczasowej i ponadpłciowej figury – geniusza, ale też chyba złamanego polityką tyrana, który zwykł dotąd całe swoje otoczenie kontrolować w najdrobniejszych szczegółach, aż teraz zaś byle szczegół go przerasta.

Wskutek naturalnych procesów starzenia Margaret (grana przez rewelacyjną Meryl Streep) zapomina imiona swoich najbliższych, myli podstawowe fakty z ich życia, nie nadąża za rozmową przy stole, miewa halucynacje i nie panuje nad nawrotami obrazów z przeszłości. Nagle maksyma, którą narzucała otaczającym ją osobom: „mniej czuć, więcej myśleć”, staje się dla niej pułapką. Twarda logika, której zawdzięcza większość sukcesów, płata jej figle. Choć „przecież wie”, że jej mąż zmarł lata temu na raka, to jednak jego obecność wciąż towarzyszy jej na każdym kroku, dyskutuje z nią, podsuwa jej własne wątpliwości, przypomina zakopane rozterki. „Dopóki cię nie słyszę, nie widzę cię, a dopóki cię nie widzę, nie istniejesz, a dopóki nie istniejesz, nie zwariowałam” – krzyczy Margaret triumfalnie tuż po tym, jak włącza wszystkie elektryczne sprzęty w swoim domu, by zagłuszyć halucynację. Jeszcze ten jeden raz działanie okazało się skuteczniejsze od„użalania się nad sobą”, jak zwykła oceniać uleganie emocjom dawna Thatcher.

Piękna scena, w której Margaret przewija wstecz nagranie video z wakacji z dziećmi, jest kluczowa dla zrozumienia nie Margaret Thatcher jaką znamy z mediów czy jaka się przed mediami ukrywała, ale pewnego refleksyjnego pierwiastka, który rozpoznać możemy wśród swoich przeżywających żałobę bliskich czy może nawet w nas samych, gdy mamy do uprzątnięcia jakąś symboliczną, mniejszą lub większą szafę, niedomykającą się od natłoku wspomnień, nierozwiązanych konfliktów, pytań: czy dokonywałam właściwych wyborów? czy osoby, na których mi najbardziej zależało, były dzięki mnie szczęśliwe? jaką cenę zapłaciłam za swój sukces?
„Możesz przewijać, ale nie możesz już niczego zmienić” – z życzliwą złośliwością komentuje znad krzyżówki „duch” męża Thatcher.Czy na pewno?

„Żelazna dama” (The iron Lady), reż. Phyllida Lloyd, w kinach od 10 lutego.