Zmysłowe kino Andrei Arnold

Stephane Reix/For Picture/Corbis

Na polskich ekranach gości właśnie zrealizowana przez Andreę Arnold ekranizacja „Wichrowych wzgórz” Emily Brontë – film dziki, brudny, znacznie odbiegający od innych adaptacji XIX-wiecznej prozy, które mogliśmy niedawno oglądać.
Jeśli ktoś zna poprzednie dzieła tej brytyjskiej reżyserki, może być przez chwilę skonsternowany. Arnold zmienia tu wykorzystywaną wcześniej scenerię współczesnych blokowisk na wytworne dworki, oświetlane jedynie światłem lampy oliwnej chałupy i ponure wrzosowiska. Szybko jednak przychodzi refleksja: to przecież te same chwyty, bohaterowie i problemy, jakie mogliśmy oglądać u niej wcześniej. Arnold, mając na koncie dopiero trzy filmy pełnometrażowe, jawi się jako artystka pewna siebie i spójna.

reklama

Urodzona w 1961 w Dartford, Andra Arnold drogę ku własnej tożsamości zaczęła w telewizji, gdzie występowała m.in. w programie dla dzieci „No.73”. Z czasem porzuciła dawne zajęcie, zaczęła studiować reżyserię w Los Angeles i scenariopisarstwo w Kent. Z teorii do praktyki przeszła w etiudach „Milk” (1998) i „Dog” (2001). Kolejny obraz, nakręcony w 2005 „Wasp”, przyniósł jej Oscara w kategorii „najlepszy film pełnometrażowy”. W tym momencie jej kariera nabrała rozpędu. W 2006 nakręciła „Red Road”, a później dwa kolejne: „Fish Tank” (2009) i właśnie „Wichrowe wzgórza” (2011). W ciągu tych zaledwie pięciu lat profesjonalnej kariery zdobyła pokaźną kolekcję trofeów, w tym kilka BAFTA i Nagrodę Jury w Cannes.

Jej bohaterowie zawsze w jakimś stopniu są wyrzutkami. Apatyczni i na różne sposoby chowający się przed życiem, okazują się mieć wystarczająco dużo siły, aby stawić mu czoła, kiedy przyjdzie taka potrzeba. Egzystencja Jackie (Kate Dickie) z „Red Road” przypomina nocny spacer lunatyka do momentu, w którym spotyka mężczyznę odpowiedzialnego za śmierć jej bliskich. Śledzi go, zbliża się do niego, knuje przeciw niemu zemstę, aby ostatecznie mu wybaczyć. Mia (Katie Jarvis) z „Fish Tank” wychowuje się w blokowisku – chociaż próbując wyrwać się z tego środowiska, tak naprawdę boksuje powietrze, to przynajmniej nie daje się mu stłamsić. Heathcliff (James Howson) z „Wichrowych wzgórz”, zmieniony tu z Cygana w czarnoskórego, to również outsider. Poniżany za młodu, jako dorosły człowiek powraca w rodzinne strony, aby odkryć, że dawni wrogowie są równie nieszczęśliwi co on.

Styl Andrei Arnold określają najlepiej dwa przymiotniki: hiperrealistyczny i zmysłowy. Wraz ze swoim stałym współpracownikiem, operatorem Robbiem Ryanem, stworzyła spójną oprawę wizualną kolejnych filmów. Ujęcia są chaotyczne i porwane; często śledzimy bohaterów zza ich pleców, jak w kinie dokumentalnym. Na pierwszy plan wysuwają się szczegóły: promienie słońca odbijające się w brudnych oknach, falujące trawy, ślina schnącą na skórze, drobne gesty, które tak naprawdę niosą ze sobą tonę znaczeń. Heathcliff obsesyjnie dotyka włosów swojej ukochanej, a scena erotyczna z „Red Road”, chociaż dosłowna tak bardzo, jak tylko można, wspina się na poziom intensywności, którzy rzadko odnaleźć można w pornografii.

To wszystko w stężonej dawce dostajemy w „Wichrowych wzgórzach”. To najbardziej „namacalny” film Andrei Arnold. Chociaż przenosimy się w nim dwieście lat wstecz, to życie ma tu tak mocny smak, kolor i zapach, jakby toczyło się tuż za ścianą.

O „Wichrowych wzgórzach” czytaj TUTAJ.