Freddie Mercury: jaki był naprawdę?

fot.123rf

Nie kontrolował się ani na scenie, ani w miłości, ani w seksie. Czerpał garściami i niczego nie żałował. Nawet pod koniec życia, umierając na AIDS, był pogodzony z losem. Kto z nas może tak jak on powiedzieć „spróbowałem wszystkiego”?
Kiedy komik Sacha Baron Cohen zrezygnował z zagrania Freddiego w filmie biograficznym, media obiegła informacja, że nie zgodził się na ugrzecznioną wersję życia artysty. Zamierzał pokazać go jako genialnego muzyka, ale też hedonistę, niestroniącego od przygodnego seksu, imprez i kokainy. A tego nie chcieli podobno członkowie zespołu Queen, optujący za mniej szokującym obrazem. Jak jednak opowiadać o talencie i charyzmie Mercury’ego bez opisu jego barwnego, hulaszczego życia?

reklama

QUEEN w 1976r. fot.123rf

Migawka pierwsza

Rok 1979, na pokład concorde’a wchodzi ponad sto osób, lecą do Nowego Jorku. Freddie Mercury zaprosił ich na swoje 33 urodziny. Przed startem samolotu rzuca: „Nie myślcie o kosztach, moi drodzy. Jedyną rzeczą, za którą będziecie musieli zapłacić, będą kondomy”. Pokazy transseksualistów uprawiających autofellatio były tylko jedną z wielu rozrywek przewidzianych na tę pięciodniową celebrację narodzin i życia Freddiego, który w jednym z wywiadów tak powiedział o Nowym Jorku: „Tu mogę w pełni dać upust swojej niemoralności. Budzę się i drapiąc po głowie, myślę, kogo przelecę w następnej kolejności”. Organizowane przez niego imprezy przeszły do historii, jak ta rok wcześniej w Nowym Orleanie, nazwana „Sobotnią nocą w Sodomie”. Freddie wysłał swoich współpracowników, by zaprosili najdziwniejszych ludzi, jakich spotkają na ulicach, i sprowadzili ich do wynajętego na tę okazję hotelu na ponad pięćset osób. Koszty przekroczyły milion złotych. Armii drag queens towarzyszyli połykacze ognia, nadzy tancerze, prostytutki każdej płci i rasy oraz podobno trupa karłów z miskami kokainy sprowadzonej z Boliwii.

Jak zostać królem (rocka)

Potocznie uważa się Freddiego za brytyjskiego wokalistę, tymczasem urodził się na Zanzibarze, 5 września 1946 roku, jako syn Parsów, urzędnika Bomi i jego żony Jer Bulsara, którzy – tak jak później ich syn – byli wyznawcami zaratusztrianizmu. Młody Farrokh Bulsara dorastał w kulturze arabskich kupców, afrykańskich rybaków, w atmosferze upałów i różnorodnych języków, którymi mówili zamorscy emigranci. W wieku siedmiu lat został wysłany do brytyjskiej szkoły z internatem w Panchgani, położonej jakieś 200 km od Bombaju w Indiach. Już wtedy zaczęto nazywać go Freddie. Chociaż szkoła odznaczała się surową dyscypliną – za bójkę z kolegą groziło obcięcie chłopcu długich włosów – Freddie nie wspominał tego czasu jako traumy, nie czuł się porzucony. W jednym z wywiadów mówił, że co chwilę któryś z kolegów się do niego dobierał, co w sumie mu odpowiadało.

Do Wielkiej Brytanii trafił, mając 18 lat. Nazwiska „Mercury”, nawiązującego do rzymskiego boga zysków, złodziei, ale też do posłańca bogów, zaczął używać tuż przed uformowaniem się zespołu Queen, oznaczającego z kolei to, co królewskie, i to, co przegięte, potocznie „ciotowate”. Z wyjazdu do Anglii był bardzo zadowolony, rozpoczął studia w Ealing College of Art na wydziale grafiki, gdzie w 1969 roku uzyskał dyplom ze sztuki grafiki i projektowania. W tym czasie zarabiał jako sprzedawca w lumpeksie. Nic dziwnego, że od samego początku kariery scenicznej projektował lub uczestniczył w opracowywaniu koncepcji swoich scenicznych strojów. Inspirował się w nich baletem, surrealizmem, kreacje często przylegały do ciała, opinały je. Był showmanem, ale nie uczyniłoby to z niego króla rocka, gdyby nie głos rozciągający się na cztery – niektórzy twierdzą, że trzy i pół – oktawy. Śpiewał barytonem, ale wolał tenor. „Najczęściej prostytuujemy się, ale czasami udaje się zrobić coś dobrego” – często powtarzał. Bawił się stylami, gatunkami, od arii, ballady, przez popowe rytmy aż do ostrego rocka, czasami wszystko w jednym utworze. Poza tym grał na fortepianie, pisał teksty, czasami – zazwyczaj jednak z niechęcią – chwytał za gitarę, do tego potrafił wręcz hipnotyzować tłumy zebrane na największych stadionach świata.

Zmarł 24 listopada 1991 roku wskutek powikłań wywołanych AIDS. Jego nagrobek do dzisiaj jest zagadką, kilka lat temu w Londynie na Kensal Green Cemetery na jednym z pomników znaleziono tablicę z napisem „Pamięci ukochanego Farrokha Bulsara. Zawsze będę blisko ciebie z całą moją miłością. M.”. Dedykacja może pochodzić od Mary Austin, którą Freddie nazywał miłością swojego życia.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »