Gra o tron: już 17 lipca polska premiera kolejnego sezonu!

fot. materiały prasowe HBO Polska

Seans terapeutyczny

reklama

Martyna Harland, która filmy wykorzystuje w pracy psychologa, proponuje, by „Grę o tron” potraktować szerzej – jako narzędzie terapeutyczne służące do przyjrzenia się sobie i własnym problemom. – Warto zatrzymać się na chwilę w biegu i zastanowić nad tym, co i kto szczególnie porusza mnie w tym serialu. Kto jest „moim” bohaterem – tłumaczy.

Jest to o tyle proste, że poprzez mechanizm projekcji przypisujemy postaciom własne emocje i uczucia. A to, na co zwracamy uwagę w serialu, może być cenną wskazówką rozwojową. Zastanówmy się zatem: Jaki wątek, czyja historia najbardziej mnie porusza? Z którym bohaterem się identyfikuję, a który mnie irytuje?

Wśród tematów i tropów są problemy dużego kalibru. Bycie „czarną owcą” w rodzinie, pogardzaną i odsuwaną na bok, zakazana lub nieszczęśliwa miłość, trauma, zemsta, kazirodztwo, kalectwo, przemoc domowa, szaleństwo, ale przede wszystkim śmierć bliskich i bardzo silnie akcentowane wybijanie się na niezależność kobiet. – Zwłaszcza ostatni sezon „Gry” był bardzo ciekawy pod kątem wątków kobiecych – mówi Martyna Harland. – Kobiety zdecydowanie przewyższają męskich graczy siłą, odwagą i inteligencją.

Wśród najciekawszych charakterologicznie i terapeutycznie postaci, w których możemy się przejrzeć jako widzowie, psycholożka wymienia królową Cersei Lannister. – „Kiedy bierzesz udział w grze o tron, zwyciężasz lub giniesz” – stwierdza bohaterka w pierwszym sezonie. Sama przez lata rządząca z tylnego siedzenia, została wreszcie ukoronowana. Stało się to w momencie, kiedy straciła to, co było dla niej najważniejsze – rodzinę. Ale ona nie poddaje się nigdy – analizuje Martyna Harland.

Kolejna bohaterka – Arya Stark. Mimo młodego wieku, wyruszyła w nieznany jej świat bez lęku. – Oślepiona i wyrzucona na ulicę, podniosła się i nauczyła podejmować rozważne decyzje. Do tego nie zapomniała, kim jest i skąd pochodzi oraz co jest jej życiowym celem – twierdzi psycholożka.

Jest wreszcie Daenerys, Matka Smoków, która do świadomości swojej siły musiała dorosnąć. – Wydaje się idealną władczynią, ale jest zmienna, nigdy nie wiadomo, jaki będzie miała nastrój. Jej reakcje i decyzje pozostają wielką niewiadomą – tłumaczy Martyna Harland. – Bierze, co chce, siłą i z łatwością usprawiedliwia swoje działania. Pytanie, czy zamieni się we własnego ojca, Aerysa Targaryena, zwanego Szalonym Królem.

I najciekawsza pod kątem przemiany psychologicznej Sansa Stark. – Poznajemy ją jako naiwną dziewczynkę, wraz z rozwojem serialu dorasta i staje się mocną kobietą. Po tym, co przeszła w Królewskiej Przystani czy w komnatach swojego męża Ramsaya, stała się jedną z najsilniejszych bohaterek. Wychodzi z życiowego kryzysu zwycięsko – zauważa psycholożka.

Na wątek kobiecych bohaterek zwraca też uwagę Lidia Rudzińska-Sierakowska: – Ten serial jest tak naprawdę o wyzwalaniu się kobiet, zjawisku, jakie możemy też zaobserwować współcześnie. Wszystkie główne postaci kobiece miały podobną historię. Z dziewczynek wyrosły na kobiety starające się odnaleźć w męskim świecie, by w końcu ten świat zniszczyć i budować na swoich zasadach. Daenerys musiała się wyzwolić z niewoli w khalasarze i zrobiła to popisowo. Arya przez kilka sezonów dążyła do tego, by się dostosować, a nagle mówi: „Nie, jestem Arya Stark, mam swoje imię”. Mamy też Cersei, zawsze silną, ale do tej pory stojącą w cieniu mężczyn – ojca, męża, brata czy syna. Sansa z mdłej trzpiotki staje się tą, która wygrywa wielką bitwę. No i wreszcie Brienne z Tarsu – jedyna kobieta wierna zasadom rycerskości. Nawet pomniejsze postaci kobiece są tu wyzwolone – jak Asha Greyjoy z Żelaznych Wysp czy wojowniczki z Dorne.

Do głosu dochodzą też pomijani i poniżani, jak Tyrion, karzeł, którego praktycznie wyrzekł się własny ojciec, Jon Snow – żyjący z łatką bękarta czy Samwell Tarly, który w świecie promującym siłę fizyczną wreszcie zaczyna rozdawać karty dzięki swojej wiedzy i oczytaniu. Scenarzyści fundują zbiorową terapię na ekranie wszystkim, którzy uważają się za innych, odmiennych, niepasujących do dzisiejszego świata.

Filozoficzna prawda

Elio M. Garcia i Linda Antonson we wstępie do pracy zbiorowej pt. „Gra o tron i filozofia” (wyd. Editio) zwracają uwagę na jeszcze jeden poziom, na jakim możemy odbierać ten film – filozoficzno-moralny. Twierdzą, że George’owi R.R. Martinowi, autorowi „Pieśni Lodu i Ognia”, na podstawie której powstał serial, udało się stworzyć dzieło wprawdzie silnie inspirowane kanonem literatury fantasy, ale jednak ze wszech miar oryginalne.

Do tej pory literatura gatunku opierała się na prostym podziale – protagonista był dobry i szlachetny, a antagonista – klasycznyn szwarccharakterem. Martin złamał tę konwencję, zaludniając świat Westeros bohaterami dwuznacznymi moralnie, którzy w pewnych sytuacjach są skłonni działać szlachetnie, a w innych robić rzeczy nikczemne. Skupił się na psychologicznej charakterystyce postaci, ukazując złożoność ich relacji i uczuć – i to właśnie zyskało mu rzesze wiernych czytelników.

Świat ukazany w „Grze o tron” nie jest idealny, ale prawdziwy aż do bólu. Nie ma tu miejsca na puste frazesy i deklarowane jedynie, a nie praktykowane postawy. Dlatego też jednym z tematów, z którymi mierzy się „Gra o tron”, jest rycerskość – podręcznikowa definicja postawy krystalicznej moralnie. Świat Westeros aż roi się od rycerzy, a jednak jest to świat brutalny i głęboko niesprawiedliwy. Rycerze łamią dane słowo, nie szanują kobiet i nie są wcale wierni swojemu władcy. Sansę Stark, wychowaną na pieśniach chwalących rycerskie czyny, dorosłe życie uczy, że mają się one nijak do rzeczywistości. Osobą, która prawdziwie przestrzega kanonu tego „fachu”, jest jedynie Brienne, kobieta rycerz, wyśmiewana zresztą przez resztę rycerskiej braci i co chwila napotykająca trudności w zastosowaniu zasad rycerskich w życiu.

Rycerskość w swoim założeniu nie przystaje do realnego świata – ani tego średniowiecznego, ani tym bardziej naszego, ale nie dlatego, że jest zbyt idealistyczna, tylko dlatego że przyzwala na pewną dyskryminację. Zakłada ochronę słabszych, co oznacza, że uznaje już sam fakt istnienia słabszych i silniejszych, a na dodatek tych słabszych utrzymuje w roli wiecznych ofiar, którym trzeba pomagać. Gloryfikując kobietę i stawiając ją na piedestale, tak naprawdę umieszcza ją w czymś w rodzaju więzienia. Stacey Goguen, autorka jednego z artykułów w tomie „Gra o tron a filozofia”, ujmuje to jeszcze bardziej dobitnie: „średniowieczne rycerstwo było homofobiczne, seksistowskie, klasowe, pełne uprzedzeń do osób niepełnosprawnych i prawdopodobnie także rasistowskie”. George R.R. Martin daje na to mnóstwo przykładów, rozwiewając pokutujący od stuleci mit rycerskości jako najwyższego kodeksu moralnego. Dziś prawdziwych rycerzy już nie ma. I bardzo dobrze – zdaje się mówić Martin. Jego saga i serial są antyrycerskie, ale za to bardzo proczłowiecze.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »