Gra o tron: już 17 lipca polska premiera kolejnego sezonu!

fot. materiały prasowe HBO Polska

 

reklama

Kto zasiądzie na Tronie?

To nie tylko pytanie o zakończenie sagi, ale też o to, jaki typ władcy i rodzaj sprawowania władzy my sami wybieramy. Nieliczący się z nikim despota, schlebiający ogółowi populista, mistrz politycznej strategii i rozgrywek czy mądry i sprawiedliwy mąż stanu, ale niepotrafiący odnaleźć się w sieci intryg? George R.R. Martin na kartach swojej książki zilustrował każdą z tych postaci i doktryn, odwołując się w tym do myśli politycznej wielu historyków i filozofów. Na przykład Thomasa Hobbesa, angielskiego humanisty, według którego trzeba robić wszystko, by uniknąć wojny, nawet za cenę godzenia się na sadyzm władcy czy mijanie się z prawdą. Z kolei w kwestii utrzymania władzy odwołuje się do Niccola Machiavellego, który twierdził, że władca może robić wszystko, co niezbędne, gdyż cel uświęca środki. Jego zdaniem długiemu sprawowaniu władzy sprzyjają określone umiejętności (virtu) oraz szczęście (fortuna), natomiast największą przeszkodą jest moralność, bo uniemożliwia zdobycie przewagi nad przeciwnikiem – na co idealnym przykładem w „Grze o tron” jest los szlachetnego Neda Starka – oraz jakakolwiek zależność, a zwłaszcza poleganie na obcych żołnierzach, co zgubiło innego walczącego o tron – Robba Starka.

Machiavelli twierdził, że idealny władca powinien umieć łączyć w sobie cechy lwa i lisa, na co przykładem jest Jon Snow, zdobywający sobie posłuch za Wielkim Murem. Jednak najlepiej wzorce Machiavellego wypełniają dwie inne postaci: Daenerys Targaryen i Tyrion Lannister, czyli Matka Smoków i karzeł. Potrafią dostosowywać się do sytuacji, nawiązywać korzystne sojusze, tworzyć armie, a kiedy trzeba, też knuć intrygi. Taki byłby wybór Machiavellego. Kogo wybiorą scenarzyści – zobaczymy w ósmym, finałowym sezonie. Kogo my chcielibyśmy mieć za władcę – oto najtrafniejsze pytanie!

 

Telewizyjny fenomen

Serial wszech czasów? Zdecydowanie! Choć lata lecą – 6 sezonów już za nami, więc zaczyna się nieco starzeć. Mimo to nadal wzbudza emocje. Jak z dobrego serialu fantasy, jakim była na początku, „Gra o tron” stała się kulturowym fenomenem, który zmienił nie tylko oblicze telewizji, ale też nas jako widzów? Z pewnością duża w tym zasługa bardzo dobrej podstawy – 5 opasłych tomów sagi „Pieśni Lodu i Ognia” pisarza science fiction i fantasy George’a R.R. Martina (z wyglądu przypominającego rubasznego Sarmatę), który jest także jednym ze scenarzystów, oraz rozmachu, z jakim serial jest kręcony. Począwszy od scenografii i plenerów zlokalizowanych na kilku kontynentach, po efekty specjalne, a na bardzo licznej obsadzie kończąc.

Jak podaje kanał E! Entertainment, jeden odcinek „Gry o tron” kosztuje średnio 6 mln dolarów (najdroższy pochłonął aż 8 mln), a zważywszy na to, że w każdym z dotychczasowych 6 sezonów było ich 10 – jest to produkcja na niespotykaną dotąd skalę. Serial jest nie tylko najczęściej oglądanym w historii – szacuje się, że ostatni, 6. sezon obejrzały 23 mln widzów w wieku od 18 do 49 lat, ale też najczęściej ściąganą nielegalnie produkcją (produkująca go stacja HBO twierdzi, że to dla nich komplement).

Prawa do emisji „Gry o tron” ma obecnie 170 państw.

Rekordowe są też gaże odtwórców głównych ról – pierwszoplanowi aktorzy za każdy odcinek dostają ponad 600 tysięcy, a grający główne postaci – Daenerys, Jon, Cersei, Tyrion i Jaime – wynegocjowali 2,5 mln dolarów za odcinek.

Efektem zainteresowania serialem są też liczne wycieczki do miejsc, które służyły za scenografię poszczególnych kluczowych dla serialu lokalizacji. Jak przystało na megaprodukcję, zdjęcia kręcono na całym świecie, w tym w Irlandii, Islandii, Chorwacji, na Malcie czy w Maroku.

Popularność serialu do tego stopnia zawładnęła masową wyobraźnią, że autor sagi o Westeros nie ma czasu napisać ostatnich tomów serii, tak pochłonięty jest produkcją serialu, w którym akcja biegnie szybciej i co chwila robi zwrot o 180 stopni – już w szóstym sezonie film zaczął odbiegać od swojego pierwowzoru, pojawiły się nowe tropy, a niektóre wątki potoczyły zupełnie inaczej niż w książce. Ciągłe zaskakiwanie widza szybko stało się wizytówką i znakiem rozpoznawczym produkcji. Emocje podkręca fakt, że nikt – poza samym George’em R.R. Martinem i producentami – nie zna zakończenia całej historii. Rodzi to mnóstwo domysłów i teorii na temat dalszego rozwoju wypadków, które nakręcają zainteresowanie serialem.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »