Grażyna Torbicka: moja filmoterapia

fot. Marek Straszewski/ Zwierciadło

Kino kocha, ale nie szuka w nim relaksu. Woli filmy, które uwierają, elektryzują, otwierają oczy na światy, o których istnieniu nie wiedziała. Grażyna Torbicka w rozmowie z Martyną Harland opowiada, jaką emocjonalną edukację zafundowała jej światowa kinematografia, z czego uleczyła i na co otworzyła.

fot. Marek Straszewski/ Zwierciadło
fot. Marek Straszewski/ Zwierciadło

reklama

Zanim zaczęłyśmy pracować razem przy programie „Kocham Kino”, pierwszy raz spotkałyśmy się cztery lata temu, przy okazji włoskiego filmu „Pinuccio Lovero”. Pinuccio miał niespotykaną pasję, chciał zostać grabarzem. Kiedy odkryłaś swoją pasję do filmu?

O tym, że będę studiować na wydziale wiedzy o teatrze w Akademii Teatralnej, zdecydowałam, gdy byłam w trzeciej klasie liceum, przez przypadek. Do ręki wpadła mi ulotka informująca o tym, że teatrologia pierwszy raz otwiera się na maturzystów, nie tylko magistrów. Byłam wtedy w klasie matematyczno-fizycznej. Uwielbiałam fizykę. Moje myślenie o przyszłości związane było z Politechniką. Mój nauczyciel, profesor Mikos, potrafił zrobić z fizyki to, czym ona jest, opowieścią z pogranicza fantasy. Być może już wtedy byłam blisko filmu. Eksperymenty fizyczne były dla mnie wejściem w świat nienamacalny, który zawsze mnie fascynował. Jednak gdy okazało się, że z teatru można zrobić sposób na życie, natychmiast w to weszłam.

Film pojawił się później, również przez przypadek i już w efekcie pracy na Woronicza. Zaczynałam od Teatru Telewizji. Chwilę przedtem miałam jeszcze krótką przygodę z programem sportowym, razem z Włodkiem Szaranowiczem. Wtedy okazało się, że telewizja na żywo jest zgodna z moim temperamentem. Odpowiadały mi emocje, adrenalina i konieczność koncentracji w momencie, gdy zaczyna się transmisja. Później otrzymałam propozycję od Ewy Banaszkiewicz i Jerzego Kapuścińskiego, żeby zająć się filmem pod hasłem „Kocham Kino”. To miał być rodzaj telewizyjnego, dyskusyjnego klubu filmowego. Mieliśmy przedstawiać tam specyficzny repertuar. Dwójka miała wtedy formę długich wieczornych rozmów z twórcami na żywo. Jednymi z pierwszych moich gości był Krzysztof Kieślowski, potem Jerzy Skolimowski. Wieczory „Kocham Kino” były wtedy poświęcone twórczości jednego artysty. Zaczynały się zwykle około godziny 22.00 i trwały do pierwszej w nocy. Obejmowały również pokazy filmów. To był świetny czas. W ten sposób zaczęła się u mnie pasja do kina. W miarę redagowania i trwania programu wchodziłam w to coraz głębiej. Tak, że przez te
20 lat zdążyłam wystudiować w sobie wiedzę filmową.

Jaki jest twoim zdaniem największy potencjał kina?

Gdy zakochałam się w teatrze, wiedziałam, że najbardziej interesuje mnie przekaz artystyczny, w którym jest interakcja pomiędzy widzem a sztuką i artystą. Muzyka czy oglądanie obrazów dają mi relaks, poczucie odprężenia. Teatr i film działają na mnie inaczej. Dają impulsy do głębszej refleksji nad życiem. Przede wszystkim do tego, żeby zastanowić się nad samą sobą. Filmy poruszają we mnie rejony, o których istnieniu nie wiedziałam i których się w sobie nie spodziewam. Mocno wciągają w świat przedstawiony, poprzez działanie na różne zmysły i receptory, wzroku czy słuchu. Dzięki temu mam wrażenie niemalże namacalnej emocji. To mnie najbardziej fascynuje. Nie mogę powiedzieć, że w kinie się relaksuję. Wybieram raczej filmy, które mnie elektryzują. Pobudzają do tego, żeby patrzeć na siebie, na otaczający mnie świat i ludzi, lepiej ich rozumieć. Zabierają mnie w światy, do których nigdy bym nie trafiła, bo nie miałabym takiej szansy.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »