Helena Norowicz: Dziś ufam życiu bardziej

W czym tkwi tajemnica wiecznej młodości i sprawności fizycznej? Dzieciństwo w leśniczówce na Kresach, aktorstwo, ćwiczenia czy siła ducha? Helena Norowicz zdradza Hance Halek swój pomysł na to, jak być szczęśliwą w każdym wieku.

fot. Rafał Masłow
fot. Rafał Masłow

reklama

Skąd bierze się siłę, gdy ma się 21 lat?

Sama przychodzi, po prostu jest.

A gdy ma się 81, jak pani teraz?

Wtedy trzeba ją już trochę stymulować. Wydaje mi się, że siłę bierze się przede wszystkim z  tego, co się lubi robić i  z  satysfakcji, która z  tego płynie, na zasadzie „w zdrowym ciele zdrowy duch”. Siła zaczyna się w  głowie, od decyzji i  pasji, którą ja akurat miałam od dzieciństwa. Zawsze byłam bardzo dobra akrobatycznie, biegałam, grałam w  siatkówkę i  chciałam studiować na Akademii Wychowania Fizycznego, chociaż w  duchu marzyłam sobie: „Boże, jakby to było dobrze iść do szkoły teatralnej” i  patrzyłam na te rewelacyjnie piękne aktorki, na tę Michèle Morgan czy Gretę Garbo, ale… myślałam, że nigdy się nie odważę. I  być może bym się nie odważyła, gdyby nie fakt, że przegapiłam egzamin na AWF… Dziś wiem, że to była opatrzność, bo gdy przeniosłam się z  Koszalina do Wrocławia, do siostry, i  zaczęłam bywać na niemal wszystkich spektaklach teatralnych, przestałam się bać aż tak bardzo. Dostałam się do Szkoły Teatralnej w  Łodzi, zostałam aktorką, a  moja siła musiała być cały czas na posterunku, tym bardziej że role, które do mnie przychodziły, to były role głównie teatralne, wymagające nie tylko dyspozycji psychicznych, ale też aktywności fizycznej, szczególnie te w  czasach bardzo wymagającego dyrektora Józefa Szajny. Mogę więc śmiało powiedzieć, że siłę – i  tę psychiczną, i  tę cielesną – wypracowałam w  teatrze.

Grywała pani jednak też w filmach, np. w „Stawce większej niż życie”. Kochała się pani w Stanisławie Mikulskim albo Emilu Karewiczu?

Nie, nie kochałam się, ale to byli bardzo, bardzo mili koledzy (śmiech). W tej „Stawce” zagrałam zresztą epizod, bo w filmach dostawałam tylko małe role. O mnie mówiono, że mam trudne warunki i do dziś zastanawiam się, co to oznacza. Może się za bardzo zaznaczałam? A być może płynęło to z faktu, że moja twarz była zbyt poważna jak na te dziewczyny, o które w filmach chodziło, pełne naiwności i zalotności, której ja w sobie nie miałam? Nie wiem, ale wtedy byłam trochę załamana.

A dziś co pani o tym myśli?

To trochę śmieszne, ale dziś ufam życiu bardziej niż dawniej, dojrzałam do takiego myślenia. Bo tak naprawdę martwiąc się kiedyś o różne rzeczy, trochę bluźniłam. Zdałam przecież do szkoły, od razu zostałam zaangażowana do teatru, przeszłam przez kraksę samochodową z dachowaniem i nic mi się nie stało, na trzech cylindrach wróciłam z Paryża i też dałam radę… Kiedyś nie zdawałam sobie sprawy z tego, że to jest szczęście, dziś wiem, że się myliłam, bo los mnie przecież pilnował, a że jako aktorka nie byłam na ustach wszystkich…

A chciała pani tego?

No właśnie nie (śmiech)… Gdy zdawałam do szkoły teatralnej, byłam zwykłą dziewczyną, bez makijażu, z grubym warkoczem do pupy. Później jednak, gdy zobaczyłam, jaką siłę może mieć dla kobiety charakteryzacja, jak atrakcyjnie można się podmalować i podkręcić oko, zaczęłam korzystać z tej zabawy. A gdy zorientowałam się, jakie wrażenie robi grzywka i rozpuszczone włosy a la Juliette Gréco? Boże! Nie czekałam na nic (śmiech). Pierwszy raz włosy obcięła mi Jadzia Barańska, ale były trochę za krótkie. Wolałam takie do połowy pleców, rozpuszczone, bujne i podkolorowane henną na rudo. I może właśnie to wszystko spowodowało, że kiedy szłam ulicą, zawsze czyjaś głowa odwracała się za mną… W każdym razie doszłam do wniosku, że to wcale nie jest takie fajne, gdy każdy się za mną ogląda. Ta cielesność po prostu mi przeszkadzała i paradoksalnie miałam ochotę się chować (śmiech).

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »