Góry Gruzji nad Odrą

Jeżdże po festiwalach
fot. slawek_przerwa



Kolejne, niestety ostatnie już dni mojej obecności na Brave Festiwalu upłynęły mi pod znakiem gruzińskich śpiewów ludowych. Rażąca moc tej muzyki była chyba nie tylko dla mnie ogromnym zaskoczeniem.

Fatalne zauroczenie zaczęło się niewinnie, od spotkania podczas Forum Kobiet. Codziennie o godz. 15 w klubie festiwalowym – Mleczarni przy Włodkowica 5 – odbywały się dyskusje z artystkami i animatorkami kultury na temat różnych aspektów podtrzymywania lokalnej tradycji. W środę trafiłam właśnie na spotkanie z twórczyniami gruzińskiego chóru Casletila. Trudy komunikacji (tłumaczenie z gruzińskiego na polski, z polskiego na angielski i z powrotem) nagradzała fala autentycznej, niewymuszonej życzliwości pomiędzy widownią a artystkami. Dopiero wieczorem, podczas drugiego koncertu Gruzinek, miałam okazję przekonać się na własnej skórze, że spontaniczne zachwyty nad ich twórczością nie były wcale efektem nadmiernej egzaltacji uczestniczek forum, choć kazały się spodziewać pytania w stylu „Czym jest dla was muzyka?”.

Po koncercie poprzedniego dnia wieść o fenomenie Casletili szybko rozeszła się po Wrocławiu. Podczas forum wręcz nieśmiałe, opowiadające o sobie najwyżej dwoma zdaniami („Jestem gospodynią. Mam tyle i tyle dzieci”) na scenie wypełnionej po brzegi słuchaczami Synagogi pod Białym Bocianem Gruzinki odezwały się niewiarygodnie potężnymi głosami. Konferansjerzy przed koncertem powiedzieli, że kiedy Casletila śpiewa, razem z nią śpiewają całe pokolenia. I o dziwo nie było w tym ani odrobiny przesady. Chór powstał w 2010 roku z inicjatywy energicznej mieszkanki małej wioski Udabno na pustynnych terenach Gruzji. Przesiedlono tutaj górski lud Swanów po zejściu lawiny, pod którą zginęło aż 27 krewnych kobiet tworzących Casletilę. Chór powstał głównie po to, by zachować podobno ponaddwutysiącletnią tradycję wielogłosowych śpiewów ze Swanetii, do której już nigdy nie wrócą. Ale także po to, by przyjemnie spędzać razem czas. Jak mówiły artystki podczas forum, sukces, który odniosły w Gruzji, przerósł ich oczekiwania.

Następnego dnia w siedzibie Teatru Pieśni Kozła artystki prowadziły warsztaty. Choć nie dopełniłam obowiązku wcześniejszego zgłoszenia chęci udziału w nich, jakoś nie mogłam sobie wyobrazić, że mnie ominie taka gratka. A ponieważ mam więcej szczęścia niż rozumu, udało się. Na jedną krótką pieśń pozwolono mi się dołączyć. Śpiewam najniższy głos, w którym przez większość czasu trzymamy jeden, burdonowy dźwięk. Jedna z Gruzinek podchodzi do mnie, opiera rękę na ramieniu i śpiewa prosto do ucha. Patrzymy sobie w oczy z uśmiechem i ciągniemy ten jeden dźwięk zdawałoby się w nieskończoność. To był Ten dźwięk – najprawdziwszy z prawdziwych.

Wcześniejsza relacja z Brave Festival tutaj.