Nowe Horyzonty: Marina Abramović, artystka obecna

Nowe Horyzonty

Pierwszy weekend Nowych Horyzontów za nami, kilka ważnych festiwalowych wydarzeń już się nie powtórzy, ale wciąż można zajrzeć do Wrocławia i z mnogości atrakcji ułożyć sobie własny horyzont na wakacje.
Nie wiem, czy o tym wspominałam, ale nigdy dotąd nie udało mi się przyjechać na Nowe Horyzonty; wśród festiwalowych wyjadaczy, których spotykam w Heliosie na każdym kroku, czuję się zaskakująco młodo. Choć dyrektor festiwalu Roman Gutek twierdzi, że tak trudne filmy, jakie proponuje się na Nowych Horyzontach, coraz rzadziej znajdują w Polsce odbiorców, jestem porażona potęgą tego środowiska.

Nowe Horyzonty/więcej w galerii

Codziennie o 8:30 rozpoczynają się internetowe rezerwacje na pokazy dnia następnego; na największe festiwalowe hity (jak na przykład „Miłość” Hanekego, islandzko-duńską „Babcię Lo-fi”, czy „Jesteś Bogiem” Dawida) o tej samej godzinie nie ma już wolnych miejsc. Na pół godziny przed seansem ustawiamy się w kolejce, żeby wybrać jak najlepsze miejsca (No, może inni się ustawiają. Ja jeszcze zawsze skaczę na kawę i wpadam w ostatniej chwili), a potem na sali kinowej trwają długie dyskusje o tym, co warto jeszcze zobaczyć, kto się czym rozczarował, jak co wypada w porównaniu z czym i jak to bywało w zeszłych latach. Jakby świat zewnętrzny nie istniał, a rok od poprzedniej edycji festiwalu zleciał jak zły sen.

Batman na Nowych Horyzontach

Teraz – powrót do rzeczywistości. Jedynym tematem z pierwszych stron gazet, który odbija się tu ponurym echem, jest masakra podczas premiery nowego „Batmana” w Denver. Czarna anegdota z katalogu „wyjątkowa złośliwość losu”: każdy pokaz poprzedzany jest m.in. krótkometrażowymi animacjami promującymi wyłączanie telefonów w kinie. Niezwykłego pecha miał twórca, który opracował ten temat, inspirując się grą w węża. Na odgłos dzwoniącej komórki na widzianą z góry salę kinową wchodzi wąż, który pożera kolejne wołające o zmiłowanie ofiary. Hasło końcowe brzmi bodaj: „Pozwól nam przeżyć ten seans”.