Juliette Binoche: Częściej się śmieję także z siebie

Generated by IJG JPEG Library; fot. Getty Images/ Gallo Images

W świecie filmu, gdzie 53 lata to wiek, w którym aktorki zwykle przechodzą na emeryturę, nie narzeka na brak pracy. Sama ją sobie znajduje. Nie boi się zaryzykować, wygłupić, spróbować czegoś nowego. Z Juliette Binoche, gwiazdą z wielkim apetytem na życie i jeszcze większym dystansem do siebie, rozmawia Mariola Wiktor.

reklama

 

Ostatnio jesteś w świetnej formie… komediowej. Czy to jakoś przekłada się na miejsce, moment, w którym dzisiaj jesteś?

Zawsze chciałam grać w komediach. Moje pierwsze doświadczenia kinowe w roli widza to były właśnie filmy Charliego Chaplina. Śmiałam się i płakałam na nich. Czułam, że to kino dotyka prawdy. Mój tata był mimem i podobnie jak on chciałam rozśmieszać ludzi. Jednak tak się potoczyła moja droga filmowa, że grałam na ogół kobiety, którym jest nie do śmiechu, które dokonują wielkich zmian, walczą o siebie, przeobrażają się, są wielowymiarowe, trudne, skomplikowane, o pokręconych życiorysach.

Może bierze się to stąd, że kiedy byłam młodsza, świat wydawał mi się o wiele bardziej mroczny, a ja sama miałam problemy z kontrolowaniem własnych emocji i akceptacją rzeczywistości taką, jaka jest. Dziś jestem starsza i potrafię się wobec tego wszystkiego zdystansować. Na pewno też częściej się śmieję. Również z siebie. Nie boję się śmieszności, która nas najbardziej odsłania. W filmie „Martwe wody” Brunona Dumonta poszłam w groteskę, w komedii „Mamy2mamy” nie przestraszyłam się naiwności mojej bohaterki, a w najnowszym filmie – „Un Beau Soleil Intérieur” – gram dojrzałą kobietę, która przeżywa huśtawkę nastrojów niczym nastolatka.

(…)

Więcej we wrześniowym numerze magazynu SENS.

Wydanie 9/2017 dostępne jest także w wersji elektronicznej.