Katie Melua: Smyczkiem po duszy. Wywiad

123rf.com

Jej muzyka zachwyca każdego, kto ma choć trochę wrażliwe ucho. Katie Melua koncertowała już w Polsce wiele razy, nigdy jednak w tak niezwykłym towarzystwie – już 21 marca będzie w łódzkiej Atlas Arenie gwiazdą koncertu z cyklu „Night of the Proms – Classic Meets Pop”. Obok niej wystąpią: Kim Wilde, Mark King z Level 42, John Miles, Tony Henry, a także Kombii i Rafał Brzozowski. Artystom towarzyszyć będzie orkiestra symfoniczna oraz Akademicki Chór Politechniki Łódzkiej.

reklama

Paweł Piotrowicz: Trudno cię było namówić do wzięcia udziału w trasie „Night of the Proms”?

Katie Melua: Skądże. Od kiedy pamiętam, uwielbiałam występować z orkiestrą. Prawdę mówiąc, niewielu artystów, zwłaszcza ze świata muzyki pop, ma taką szansę. To wyjątkowa gratka, dla mnie tym bardziej, że zawsze podczas trasy starałam się zagrać jeden koncert z orkiestrą, a tu trafiła się możliwość wzięcia udziału w całym tournee. Odbyliśmy je w grudniu w Niemczech i Holandii i okazało się nadzwyczajnym sukcesem. I nawet jeśli śpiewałam tylko kilka piosenek, wrażenie było niesamowite. Cieszę się, że będę mogła powrócić do tych emocji w Łodzi.

„Night of the Proms” to wielka superprodukcja, podczas której artyści ze świata muzyki popularnej łączą siły z orkiestrą symfoniczną. Spore wyzwanie?

Na pewno, ale najważniejsze jest, że wszyscy doskonale się bawimy. Najbardziej interesujące w tym wszystkim jest to, że „Night of the Proms” istnieje od ponad trzydziestu lat, właściwie w niezmienionym składzie. Gra ta sama orkiestra, Il Novecento, pod batutą tego samego dyrygenta [Roberta Grosloty – aut.]. Z tego względu twórcy „Night of the Proms” są jak bardzo zgrana, pewna swego rodzina i zarazem świetnie naoliwiona maszyna. Czułam się w jej trybach bardzo komfortowo, zarówno jako artystka, jak i człowiek. A szczególnie wiele radości dała mi praca z aranżerem, który pokazał, jak bardzo można uszlachetnić piosenkę, która wydawała się do tej pory czymś absolutnie skończonym. Sama formuła koncertu nie jest nadęta. Mieszamy dwa światy, stawiamy na zabawę i luz. W Holandii zdarzało się, że publiczność popijała napoje i drinki.

Wiem, że masz też zaśpiewać w duecie z polskim wokalistą Rafałem Brzozowskim. Zdradzisz, co wykonacie?

Nie mogę, bo najpierw musimy tę piosenkę przećwiczyć. Dopiero by było, gdybym coś zapowiedziała, a potem okazałoby się, że musimy zmienić repertuar [śmiech].

Miewasz jeszcze tremę przed występem?

Czasem tak. Czasem nie.

Od czego to zależy?

Sama chciałabym wiedzieć [śmiech]. Raz się po prostu zdarza, innym razem nie. Kiedy jednak wychodzę na scenę i słyszę muzykę, natychmiast znika. Muzyka zawsze była dla mnie idealnym azylem. Do dziś, jeśli chcę, by nikt mi nie przeszkadzał, włączam sobie na słuchawkach jeden z moich ulubionych albumów, na przykład składankę duetu Simon & Garfunkel, i przenoszę się do innego świata. To dla mnie dowód, jeden z wielu, na to, że muzyka jest potężną siłą. Potrafi nawet ochronić przed spojrzeniem dziesięciu tysięcy ludzi. Sprawia, że skupiasz się na niej i po prostu cię nosi