Kryminały są demokratyczne. Wywiad z Mariuszem Czubajem

fot. Magdalena Raczyńska/ W.A.B.

O inspiracjach kryminalnych i liniach papilarnych literatury rozmawiamy z Mariuszem Czubajem, twórcą postaci profilera Rudolfa Heinza. Czwarty tom cyklu z Heinzem, „Piąty beatles” ukazał się w maju nakładem wydawnictwa W.A.B.
Czy pan czytał kryminały?

reklama

W dzieciństwie późniejszym tak. To były dosyć standardowe rzeczy, głównie Sherlock Holmes, ale też czytałem sporo polskich kryminałów milicyjnych, sporo zeszytów z serii „Ewa wzywa 007”. Czytałem przede wszystkim komiksy z kapitanem Żbikiem. Komiks był dosyć ważnym źródłem odniesienia. Po latach myślę też, że dosyć istotnym źródłem inspiracji była na przykład „Stawka większa niż życie”. To jest bardzo dobrze napisany serial. Dialogi w dzisiejszych serialach są puste, a tam aż skrzy! Jest w nim także dążenie ku puencie, którego obecne produkcje zupełnie nie mają. Myślę więc, że to zaplecze z lat 60. nawet, 70. i pierwszej połowy lat 80. było dla mnie na pewno ważne jako podglebie fabularne czy narracyjne. Mówię to oczywiście wszystko ex post. Wtedy przecież nie planowałem niczego, a już zwłaszcza tego, że będę pisał. Potem długo nie czytałem kryminałów. Przez całe studia polonistyczne zajmowałam się kwestiami ironii romantycznej, strumieniem świadomości i innymi poważnymi rzeczami. Powróciłem już jako dziennikarz w tygodniku „Polityka”, szukając interesującej niszy dla siebie.

W jakim sensie niszy?

To była końcówka lat 90., złoty okres tygodników. Najpierw współpracowałem z działem kultury „Polityki”, potem już jako etatowy dziennikarz w tym samym dziale u Zdzisława Pietrasika, co sobie szalenie cenię. Z racji polonistycznego wykształcenia przypadła mi literatura, ale pomyślałem sobie, że byłoby dobrze wyjść poza tę wysoką, artystyczną i ów strumień świadomości, żeby była to literatura demokratyczna, po która mogą sięgnąć rozmaite grupy.

Ważnym momentem było ukazanie się „Kodu Leonarda da Vinci”. W Polsce to był grudzień 2003. Nagle okazało się, że ta literatura mówi coś ważnego, że nie jest tylko rozrywką. Od tej pory przestałem musieć się prosić o zgodę na napisanie o kryminałach czy o literaturze sensacyjnej, tylko zaczęto przychodzić do mnie, żebym coś fajnego wybrał i o tym napisał. Potem przyszła narastająca fascynacja kryminałem skandynawskim, Henningiem Mankellem, i eksplozja zainteresowania przy okazji „Millennium” Stiega Larssona. I ta literatura się uprawomocniła. Z tym że uprawomocniła się w przypadku zagranicznych pisarzy, a polski autor musi cały czas jeszcze wyjmować swój paszport pisarski z tylnej kieszeni. A dla mnie jako dla badacza literatury – nawet nie pisarza – ważne jest, co powoduje, że setki tysięcy ludzi sięgają po takie książki, co w nich takiego znajdują.

Czyli wszedł pan głębiej w kryminał na początku lat 90. A kiedy nadszedł ten moment, gdy przestał pan tylko absorbować i zaczął myśleć o tworzeniu czegoś własnego?

Są dwa takie przypadki. Pierwszy związany jest z moim serdecznym przyjacielem, wybitnym antropologiem kultury, Wojciechem Bursztą. Gdy spotykaliśmy się wówczas, a był to czas, gdy profesor Burszta dojeżdżał z Poznania na zajęcia do Warszawy, to rozmawialiśmy o trzech sprawach: muzyce rockowej, piłce nożnej i o kryminałach. W pewnym momencie z tych rozmów zrodziła się prosta refleksja: skoro tak lubimy te kryminały, to może byśmy coś o nich napisali. I w ten sposób powstała książka „Krwawa setka”. Miała dość buńczuczny podtytuł, „100 najważniejszych powieści kryminalnych”, ale rzeczywiście chcieliśmy zrobić mikroeseje o 100 utworach, które z jakichś względów wydawały nam się ważne. Zaczynałem więc jako teoretyk. A druga rzecz to jest taka, że trzeba na swojej drodze spotkać ciekawych ludzi i ja kilku takich spotkałem. Między innymi spotkałem Marka Krajewskiego. Wprzódy jako dziennikarz, a potem jako współautora „Alei samobójców”, czyli książki, dzięki której miałem miękki i lekki debiut, bo Marek był już wówczas gwiazdą polskiej literatury i uchronił mnie przed gehenną 90 albo i więcej procent początkujących autorów pukających bez skutku do wydawnictw. Takie były początki.

Równolegle z „Aleją samobójców” powstawała moja pierwsza powieść z cyklu z profilerem Rudolfem Heinzem, „21:37”. Rok później otrzymałem za nią Nagrodę Wielkiego Kalibru, więc właściwie już na początku drogi byłem autorem spełnionym nagrodowo. Co ważne, stałem się też autorem samodzielnym. Nie przepadam za tą powieścią, bo jak człowiek zaczyna, to stara się pokazać więcej, niż powinien. Ta książka jest „nabzdyczona” i bardziej mroczna, i społeczna niż cała Skandynawia. Ale to ważna książka, została doceniona, a to także jest istotne.

Jestem teraz w momencie, gdy interesuje mnie coś więcej niż pisanie tylko literatury gatunkowej. To jest, interesuje mnie ona cały czas – nie mam takiego przesytu jak Zygmunt Miłoszewski, który mówi, że nie będzie już pisał kryminałów – natomiast ważne jest dla mnie, by były to kryminały rozpoznawalne. Chciałbym, by miały coś w rodzaju pisarskich linii papilarnych, żeby w sposobie konstruowania powieści, w rozedrganiu i chłopczykowatej narracyjności było coś charakterystycznego dla mnie, żeby człowiek, biorąc książkę do ręki, powiedział: „o, to jest kolejny Czubaj”. Niezależnie od tego, jaki bohater będzie się w tej książce pojawiał. Takie sygnowanie autorskie to dla literatury sprawa fundamentalna i tak samo jest w przypadku literatury gatunkowej. Myślenie o autorskości zaczęło się przy okazji trzeciej książki z Heinzem, czyli „Zanim znowu zabiję”, gdzie po raz pierwszy przerzuciłem się z narracji trzecioosobowej na pierwszoosobową. Zobaczyłem ograniczenia takiej narracji, ale też i pewne zalety, czyli to, że można być bardziej dygresyjnym i z nieco większą ironią i dystansem do świata opisywać różne zdarzenia. Zatem można sobie pozwolić na pewien dodatkowy autorski ton. Także „Martwe popołudnie”, które zaczyna nową serię książek z ekspertem do spraw poszukiwań osób zaginionych, Marcinem Hłaską, jest z tego nurtu, gdzie się szuka tego własnego języka. I „Piąty beatles” w gruncie rzeczy też.

A skąd Hłasko? Mówił pan, że chciał sam odpocząć i czytelnikom dać odpoczynek od Heinza, ale dlaczego tak zupełnie inna postać?

To jest podstawowy dylemat pisarza, który stworzył jakiegoś bohatera. Jak stworzy drugiego, to nikomu się nie dogodzi, bo albo jest taki sam jak ten pierwszy, albo jest inny. Tak czy inaczej będzie niedobrze. Ale rzeczywiście chciałem, żeby to była inna postać, inaczej wymodelowana, chciałem też, żeby wokół niego był inny świat, więc nie przypadkiem ważną rolę odgrywa w powieści Warszawa. Wcześniej traktowałem przestrzeń wnikliwie, ale jednak instrumentalnie. Natomiast w przypadku „Martwego popołudnia” zależało mi na tym, żeby Warszawa była pełnoprawnym bohaterem w stosunku do całej opowiadanej historii i generalnie wyobrażam sobie, że będzie to warszawski cykl w przeciwieństwie do perypetii Heinza, który z miejsca na miejsce przemieszcza się po Polsce.