Allen Ginsberg – Czuły buntownik

Wśród powojennej apatii przekonywał, że święte są tylko ludzkie pragnienia. – Jego wiersze dały nam nadzieję, że społeczeństwo Ameryki może się jeszcze odrodzić – mówił o twórczości Allena Ginsberga, zainspirowany nią, Bob Dylan.
Stany Zjednoczone po II Wojnie Światowej nie przypominały państwa, którym są dzisiaj. W atmosferze strachu przed (komunistycznym) wrogiem ludzie podporządkowali swoje życia celom władzy, zapominając o własnych pragnieniach. Zniknęła indywidualność, czułość w codziennych relacjach i tolerancja dla inności.

reklama

To było zbiorowe załamanie nerwowe, szaleństwo, które „zniszczyło najlepsze umysły tego pokolenia” – pisał Ginsberg w swoim najważniejszym dziele, „Skowycie”. Przeciw temu systemowi zbuntowali się przedstawiciele ruchu bitników. W kraju, w którym drobne różnice w ubiorze nazywano dewiacją, a homoseksualizm traktowano jak przestępstwo, oni głosili całkowitą wolność i (często nielogiczną) logikę zaspokojenia.

Sam Ginsberg starał się w swoich tekstach „zachować czułość w znieczulających czasach”. Osiągał to, mieszając spontaniczne, niemal terapeutyczne zapisywanie z bardzo osobistymi wydarzeniami z własnego życia (czasem też narkotycznymi wizjami). Efekt końcowy podawał zazwyczaj w bardzo długich wersach i językiem, nie silącym się na poetyckość, ale naśladującym mowę codzienną.

Jego codzienność mocno różniła się jednak od tej, którą prezentowały media w USA. Nikt nie wspominał w nich przecież o uzależnionych od narkotyków, o przestępcach, prostytutkach i psychicznie chorych. Nikt nie pisał też o seksie gejów jako czymś pięknym, anielskim. „Więzienia i miliony pokrzywdzonych” po prostu chowano „pod doniczkę” – jak poeta prześmiewczo sugeruje w wierszu „Ameryko”.

Ten ostatni utwór Ginsberg prezentował często podczas swoich sławnych czytań poezji. Był w nich wyjątkowo dobry: umiał radzić sobie z tłumem, a poza tym miał wyczucie rytmu. Przez jakiś czas myślał zresztą o karierze muzycznej. Wystąpił nawet na jednym z najsławniejszych koncertów Boba Dylana – poprzestał tam jednak tylko na czytaniu. A przecież, jak słychać poniżej, był też całkiem niezłym bluesmanem…