Dzieci Poego: „W cieniu mistrza” – recenzja

wydawnictwo Albatros

Ta oryginalna antologia zawiera szesnaście utworów Edgara Allana Poego oraz towarzyszące im szkice pióra amerykańskich pisarzy, którzy opowiadają o swoim stosunku do twórczości Mistrza, ojca nowoczesnego kryminału i powieści grozy.
Szesnaście utworów to nie tylko, jak obwieszcza na okładce wydawca, przełożone na nowo przez Andrzeja Szulca klasyczne opowiadania, takie jak „Upadek domu Usherów”, „William Wilson”, „Złoty żuk” czy „Morderstwo przy Rue Morgue”, ale także fragment mało znanej powieści, o mało wdzięcznym tytule: „Opowieść Arthura Gordona Pyma z Nantucket”, oraz dwa wiersze. Jeden z nich – „Kruk” – należy do najsłynniejszych poematów świata, drugim są mniej udane „Dzwony”. W dodatku oba zaprezentowane zostały nie w nowym przekładzie, lecz w pochodzących sprzed wieku tłumaczeniach Zenona Przesmyckiego i Antoniego Langego. Nie ukrywajmy, dzisiaj brzmią one dość anachronicznie.

Ale to jedyna uwagą, jaką mam do tej książki, którą oczywiście warto sobie sprawić, jeśli dotąd nie posiada się Poego w pigułce. Komentowanie jego dzieł nie ma już chyba większego sensu, skupię się więc na tym, co mówią o nim twórcy zaproszeni do jubileuszowego (honorującego 200-lecie urodzin autora „Złotego żuka) przedsięwzięcia przez Michaela Connelly’ego.

Dobór nazwisk nie był przypadkowy: wypowiadający się w książce pisarze to w większości laureaci Nagrody Edgara, przyznawanej przez Mystery Writers of America, początkowo za powieść, potem także za opowiadanie, film, reportaż czy najlepszą kryminalną powieść dla młodzieży. Nagroda to oczywiście prestiżowa, co pozwala zrozumieć gorycz Jeffery Deavera, który w swoim żartobliwym biogramie wspomina, że nigdy jej nie otrzymał, choć był sześć razy nominowany. I dodaje: „Poe, bądź miłościw, sześć razy nominowany!”. Gdybym przyznawała Edgary, chętnie dałabym Deaverowi, którego ogromnie sobie cenię, choćby i sześć nagród, z braku możliwości jednak wyróżnię choć jego szkic traktujący o tym, jaki wpływ wywarł Poe na muzyków, od Debussy’ego począwszy, na Lou Reedzie kończąc.

Interesujące wydały mi się także wyznania tych autorów, którzy przyznali, że dopiero zaproszenie od Connelly’ego zmusiło ich do uważnej lektury i zweryfikowania swojego nastawienia do klasyka. Co ciekawe, do tego, że z Poem było im nie po drodze, przyznają się przede wszystkim panie, mimochodem potwierdzając, iż pisarstwo Poego to mocna, męska literatura. Być może coś jest na rzeczy, ale mnie samej, jeszcze jako dziecku, zupełnie to nie przeszkadzało. Czytałam te opowiadania z wypiekami na twarzy, najbardziej zaszokowana skutkami działań oszalałego orangutana (z „Morderstwa przy Rue Morgue”). Niewykluczone jednak, iż to była to przyjemność dlatego, że Mistrzem nie dręczono mnie w szkole, jak owych skutecznie do niego zniechęconych pisarek.

„W cieniu Mistrza” to zarówno okazja do tego, żeby przypomnieć sobie swoje własne pierwsze spotkanie z literaturą grozy, jak i zobaczyć inną twarz współczesnych „bogów” kryminałów, thrillerów czy horrorów – ze Stephenem Kingiem na czele. Pisarze są szczególnymi czytelnikami i zawsze warto posłuchać tego, co mają do powiedzenia o innych pisarzach, oraz zobaczyć, jak ich interpretują. Nowy przekład czy nie, właśnie dzięki tym szkicom towarzyszącym Poe wybrzmiał dla mnie znów świeżo i ciekawie.

„W cieniu Mistrza”, pod redakcją Michaela Connelly’ego, przełożył Andrzej Szulc, Albatros, Warszawa 2012, s.432.