Hunter S. Thompson: dziwniejszy niż fikcja

Paul Kemp, równie nieodpowiedzialny co ambitny dziennikarz z wchodzącego właśnie na polskie ekrany „Dziennika zakrapianego rumem”, istniał w rzeczywistości.
Naprawdę w poszukiwaniu szczęścia pojechał na Karaiby i naprawdę starał się znaleźć własny pisarski styl, będący mieszanką tuszu i gniewu. Ta postać to alter ego Huntera S. Thompsona, którego młodzieńcza powieść „Dziennik rumowy” posłużyła za kanwę wzmiankowanego filmu i który z czasem stał się legendą dziennikarstwa, kontrkultury i popkultury. Zwrot „alter ego” jest zresztą kluczowy dla tej postaci – trochę „self-made mana”, trochę mitomana i na pewno kogoś tak niezwykłego, że trudno w niego uwierzyć.

reklama

Urodził się w 1937 roku w Louisville. Już w dzieciństwie można znaleźć pierwsze kamyczki do pomnika jego przyszłej sławy. Jak pisze biograf Thompsona, William McKeen, był on „prawdziwym wrzodem na tyłku”, ale chociaż matka miała z nim wiele kłopotów, to przyznawała, że „ten dzieciak miał magnetyzm i charyzmę”. Nauczyciele go cenili, jednak pod koniec swojej nauki w szkole średniej spędził kilka tygodni we więzieniu za współudział w kradzieży. Tydzień po wyjściu na wolność zaciągnął się do armii, z której został wyrzucony w 1958 roku za niesubordynację.

Od tego momentu Thompson zaczął próbować sił jako dziennikarz. Pisywał do gazet już wcześniej – w szkole i w wojsku – ale to właśnie schyłek lat pięćdziesiąt stanowił początek jego drogi w ku sławie. Raz po raz zmieniał redakcje i miejsca zamieszkania. Po Karaibach przyszedł czas na Big Sur i Brazylię, a po dorywczych zleceniach – propozycję coraz większych i coraz lepiej opłacanych tekstów.

Jedną z nich była oferta napisania reportażu o Hell’s Angels, motocyklowym gangu, który budził wtedy powszechny strach. Opublikowana w 1966 książka „Hell’s Angels: The Strange and Terrible Saga of the Outlaw Motorcycle Gangs” stanowiła dla Thompsona bilet do sławy, a do tego ustawiła wektor jego dziennikarskiej działalności – pełnej zaangażowania i zainteresowanej wszelkiego rodzaju ekstremizmami, czymś, co sam nazywał „Krawędzią”. „Nie da się łatwo wytłumaczyć, gdzie ona jest, bo ci, którzy to wiedzą, dawno ją przekroczyli” – napisał w zakończeniu książki.

Głos z tuszu, gniewu i LSD

Krawędzią, którą udało się z pewnością Thompsonowi przekroczyć, była ta oddzielająca rzeczywistość i fikcję. Wychodząc z założenia, że obiektywizm to mit, aktywne uczestnictwo w wydarzeniach daje większy ogląd sytuacji niż bierna obserwacja, a kłamiąc, mówi się najwięcej prawdy, stworzył nowy podgatunek dziennikarski zwany gonzo. „Tekstem założycielskim” był dla niego reportaż „Gonitwa Kentucky jest dekadencka i zdegenerowana” z 1970. Zamiast opisywać tytułową gonitwę, Thompson zwrócił w nim swój wzrok w stronę oglądających ją ludzi, „tracących co chwilę przytomność, płaczących, kopulujących, napastujących się i walczących rozbitymi butelkami po whisky”. On sam – razem z towarzyszącym mu rysownikiem – dawał się wciągnąć w te sportowe bachanalia , przez co reportaż kończył się opisem, jak obydwaj jadą samochodem, półnadzy i pijani.

W gonzo subiektywizm graniczył z czystą fantazją, a potoczny język – z delirycznymi i porwanymi „strumieniami świadomości”. Na potrzeby tego stylu Thompson wykreował swoje alter ego, Raoula Duke’a, uzależnionego od alkoholu, narkotyków i łamania prawa. Trudno jednak było w tym wypadku odróżnić autora od bohatera, ponieważ sam twórca „Hell’s Angels” stawał się postacią coraz bardziej przerysowaną. Ubrany w hawajskie koszule, palący wiecznie papierosa w fifce, ukrywający łysinę pod czapką-rybaczką i spoglądający na świat przez przyciemniane okulary, Thompson nie uznawał żadnych autorytetów i obnosił się ze swoim upodobaniem do używek – kandydował nawet na szeryfa okręgu Pitkin w Kolorado, proponując przemianowanie Aspen na „Fat City” i dekryminalizację posiadania narkotyków.

Johnny Depp jako Raoul Duke w filmie "Las Vegas Parano"

Raoul Duke stał się głównym bohaterem „Lęku i odrazy w Las Vegas”, najsłynniejszej książki Thompsona i kwintesencji stylu gonzo. Wibrujący od końskich dawek substancji psychoaktywnych dziennikarz wyrusza w niej do stolicy amerykańskiego hazardu, aby zrelacjonować wyścigi motocyklowe, ale zamiast tego pogrąża się w narkotykowej paranoi. Jego upadek jest upadkiem całej kontrkultury. Książka powstała w 1971 roku, kiedy to wciąż trwała wojna Wietnamie, Richard Nixon kontynuował walkę z hippisami, a ci sami, wycieńczeni swoimi ekscesami i zaszczuci przez władzę, zamiast pokoju i miłości doświadczali tytułowych lęku i odrazy.

Krajobraz po bitwie

Thompson walczył o lepszą Amerykę i – chyba – tę walkę przegrał. Z całego serca nienawidził Nixona i jeśli chodziło o niego, to stawał na stylistycznych wyżynach w wymyślaniu inwektyw (nazwał go m.in. „cwaniaczkiem srającym we własne gniazdo” oraz „pomnikiem zjełczałych genów i popsutych chromosomów”), ale te tyrady nie powstrzymały narodu od wybrania go na drugą kadencję. Zmienianie świata za pomocą słowa pisanego, obejmowanie rządu dusz nad czytelnikami – to wszystko relikty romantyzmu i modernizmu, którym autor „Hell’s Angels” desperacko hołdował.

To, co pozostało po nim, to przede wszystkim fikcja – legenda. Terry Gilliam, reżyser ekranizacji „Lęku i odrazy w Las Vegas”, znanej w Polsce jako „Las Vegas Parano”, twierdził, że Thompson wiecznie grał, aż do swoich ostatnich dni pielęgnując wizerunek niebezpiecznego awanturnika. Ukoronowaniem tej roli było samobójstwo. Thompson, mając 67 lat i będąc już zmęczony życiem, strzelił sobie w głowę – tak jak jego literacki idol, Ernest Hemingway, o którego śmierci pisał kiedyś artykuł i z którego chaty, w ramach symbolicznego „przekazania pałeczki”, ukradł wtedy poroże łosia.

Thompson żyje w masowej świadomości jako na wpół mityczna figura, która inspiruje kolejne pokolenia twórców, przy czym są to zazwyczaj twórcy związani z popkulturą. Jeśli wspomniane już „Las Vegas Parano” Gilliama uczciwie podchodziło do towarzyszącego książce kontekstu, to nie ma można powiedzieć tego o dwóch innych filmach inspirowanych jego pisarstwem: „Tam wędrują bizony” to przypominający sitcom zbiór skeczów o niepoprawnym luzaku, a „Dziennik zakrapiany rumem” okazuje się przede wszystkim sympatyczną laurką wysłaną martwemu idolowi.

Thompson stał się również inspiracją dla Warrena Ellisa i Daricka Robertsona przy tworzeniu komiksu „Transmetropolitan”, opowiadającego dziennikarzu-renegacie, który walczy z korupcją w „dekadenckim i zdegenerowanym” świecie przyszłości. I jest to chyba najlepsze podsumowanie jego życia. Thompson w oczach własnych – i wielu swoich czytelników – był właśnie takim komiksowym bohaterem, ostatnim sprawiedliwym w walącej się w gruzy Ameryce.