„Kochanie zabiłam nasze koty” – recenzja

Dorota Masłowska, "kochanie zabiłam nasze koty"
mat. rpasowe

Wszyscy ci, którzy spodziewali się po Dorocie Masłowskiej kolejnej książki, w której rozprawiałaby się ona z polskim społeczeństwem, historią czy patriotyzmem, srogo się zawiodą. To ciągle jest książka o nas, ale w zupełnie inny sposób.

Dorota Masłowska, "kochanie zabiłam nasze koty"
mat. rpasowe

Książka Doroty Masłowskiej „Kochanie zabiłam nasze koty” ukazała się kilka tygodni temu, ale zamiast wywołać narodową dyskusję, wywołała oburzenie! I to oburzenie dwojakiego rodzaju. Z jednej strony, że historia, jaką funduje nam autorka „Wojny polsko-ruskiej”, jest zupełnie o czym innym, niż – zarówno lewicowe jak i prawicowe – środowiska w kraju – chciałyby przeczytać. Po drugie, w wywiadach na temat książki Masłowska kilkakrotnie „odcięła się” od środowisk lewicowych, które dotąd chętnie z nią sympatyzowały i do niedawna były gotowe uznać za swoją literacką patronkę.

A tu szok, bo i książka o historii zupełnie niepolskiej i niepatriotycznej, żadnego rozgrzebywania historii, powstań, postaw społecznych, a jednocześnie autorka mówi, że nikt jej nie zabroni mówić Rymkiewiczem (z wywiadu dla „Rzeczpospolitej”), a ona nie czuje się związana z lewicą. I rozpętała się burza, choć tylko medialna. Na szczęście książka na tym nie ucierpiała.

„Kochanie zabiłam nasze koty” to faktycznie nietypowa pozycja w dorobku Masłowskiej. Mam wrażenie, że miała być odtrutką na wszystkie społeczne i artystyczne projekty literacki, w jakich Masłowska od lat bierze udział. I to odtrutką skuteczną, choć poziom – zwłaszcza ten językowy, bo zabawa językiem i formą to znak rozpoznawczy autorki – trzyma ona nadal, tyle że bajka, którą opowiada, jest z zupełnie innego porządku.

To porządek pism śmieciowych, gazetek pseudolifestylowych (w książce bohaterka Masłowskiej zaczytuje się „Yogalife”), absurdalnych fantazji i marzeń sennych i tych wszystkich wyobrażeń pt. „co bym mogła powiedzieć/zrobić, gdybym tylko umiała cofnąć czas”, co jest zwykle tematem telenoweli brazylijskich i seriali dla nastolatek, a co autorka „Między nami dobrze jest” parodiuje kapitalnie.

Mamy tu trzy bohaterki, o imionach jak z serialu „Dallas”: Farah, Jo i Go. Każda reprezentuje inny model żywienia, bycia i refleksji nad światem. Farah to anorektyczna higienistka, czytająca „Yogalife”, której pełne przemocy i fantazji seksualnych sny nigdy nie znajdują swojego odzwierciedlenia w życiu, a bohaterka woli dokonać destrukcji na sobie (wycinając sobie włosy) niż odciąć się od toksycznych ludzi. Jo to taka Bridget Jones tylko w brzydszym, grubszym i mniej subtelnym wydaniu, zaś Go to zagubiona 20-latka, która wymyśla własną tożsamość bo nie może znieść swojej, która zamiast przez życie brnie przez kolejne pijatyki w tym samym ludzkim bagnie. Ich historie mają o tyle znaczenie, że reprezentują pewne modele życia sprzedawane nam przez kobiece magazyny, tyle że w wersji ekstremum, w wersji hardcore.

Język, jakim posługują się bohaterki, jest z jednej strony rodem kobiecych gazetek śmieciowych, z drugiej strony jest prawdziwy do bólu, w kontraście do samych historii. Dorota Masłowska jest mistrzynią wymyślania sobie matryc – scenerii, na jakich rozgrywa się opowiadana przez nią historia – wraz z rządzącym nimi językiem. W „Kochanie zabiłam nasze koty” mamy wysoki poziom fantazyjnego absurdu podlany suto czarnym humorem. To otwarte zaproszenie do świata fantazji, w którym wszystko staje na głowie, ale który jest dowodem na to, że nasza życiowa siła powinna tkwić w naszej wyobraźni a nie w pilocie, którym zmieniamy setny kanał naszego telewizora.