Małgorzata Warda „Nikt nie widział, nikt nie słyszał…”

Materiały prasowe

Losy młodych kobiet Leny i Agnieszki wyglądają jak połówki tej samej historii: wystarczy je ze sobą złożyć, by uzyskać jedną opowieść.
Dzięki temu połączeniu wyjaśniłoby się, gdzie jest matka, która opuściła dom, pozostawiając dwie małe dziewczynki pod opieką ojca, i gdzie jest jedna z owych dziewczynek, która rozwiała się w powietrzu niewiele później. To banalne rozwiązanie zagadki obstawiamy do momentu, aż w powieści pojawia się trzecia kobieta – Monika. Jej obecność rzuca nowe światło na okoliczności zaginięć i zmusza bohaterów do rozpatrzenia całej sprawy od początku.

reklama

To, jak Małgorzata Warda wodzi czytelnika za nos, a jednocześnie trzyma go w niewoli przez dobrych parę godzin, uznałabym za największe zalety jej powieści. Spodobało mi się też twórcze, co się zowie, wykorzystanie głośnej historii Nataschy Kampusch, oczywiście będącej inspiracją dla „Nikt nie widział, nikt nie słyszał…”. I jeszcze to, że choć jej bohaterki związane są z tak bliskim autorce światem sztuki, nie ogranicza się ona – wreszcie! – do prezentowania scen z życia bohemy. Mądra, nietuzinkowa książka.

Świat Książki, Warszawa 2010, s. 390

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »