„Nasz mały PRL” – historia warszawskiego eksperymentu

wydawnictwo Znak

Iza Meyza i Witek Szabłowski postanowili wrócić do wspomnień z dzieciństwa i cofnąć się 30 lat wstecz – do roku 1981. I zrobili to dosłownie.

wydawnictwo Znak

Przez pół roku mieszkali w bloku na ursynowskim osiedlu, próbując przenieść się w czasie nie tylko za pomocą rekwizytów, ale też mentalnie – czy im to się udało sprawdźcie sami. Wszystko opisali we właśnie wydanej książce „Nasz mały PRL”.

To wydaje się karkołomne choć atrakcyjne przedsięwzięcie.: na pół roku wyprowadzić się z własnego mieszkania, zapomnieć o wygodach XXI wieku i wejść w skórę naszych rodziców, którzy musieli radzić sobie z zimą stulecia, pustkami na półkach i niekończącymi się kolejkami. Meyza i Szabłowski postanowili poszukać PRL-u rodziców w Warszawie, ale też w dzisiejszej mentalności Polaków. Powstał z tego naprawdę niezwykły dziennik

Mamy w „Naszym małym PRL-u” zapis zarówno przygotowań do zamieszkania w innym świecie, tworzenia niemal teatralnej scenografii rodem z innej epoki. Bo z jednej strony przenoszenie się do innej epoki to niezła zabawa: szukanie odpowiednich mebli, ubrań, zabawek, płyt; zabawa w szukanie kolejek, w których można postać, sąsiadów, do których można zapukać po przysłowiową szklankę cukru. To też zabawa w odmawianie sobie wygód, do jakich zdążył nas przyzwyczaić kapitalizm: od dobrej kawy i herbaty, po modne ubrania, ale przede wszystkim niezbędna w naszym życiu elektronika i kontakt ze światem, który dziś już mamy głównie przez internet.

Na to zwracają uwagę oboje: nagle w mieszkaniu robi się cicho, nie dzwoni komórka, nie przychodzą sms-y, nie ma szumów laptopa i muzyki z i-Poda. Jednocześnie wraz z końcem bycia wiecznie dostępnym, czego nauczyły nas telefony i Facebook, nagle stajemy się niedostępni dla naszych, pozostających w XXI wieku przyjaciół i rodziny.

Zabawa w PRL trwa, zdecydowanie lepiej bawi się Witek Szabłowski, zakładając koszule non iron, zachowując się jak PRL-owski macho, reperując „malucha” i umawiając się na wódkę z kolegami. Tak naprawdę PRL – z jego odmiennym traktowaniem kobiet, z konieczności gotowania bez mikrofali i nowoczesnej kuchni, sprzątania bez cifa i domestosa, opieki nad dzieckiem bez jednorazowych pampersów – najbardziej dotyka Izę Meyzę. Okazuje się, że ogarnięcie prania, sprzątania, opieki nad dzieckiem, nie mówiąc o życiu zawodowych, to wyzwanie ponad siły. Mam wrażenie, że w PRL-u Iza Meyza była zdecydowanie bardziej samotna i pozostawiona sobie, bardziej odczuła jego skutki niż Witek Szabłowski.

Książka oprócz osobistych opisów tej dwójki, wzbogacona jest o bogatą bibliografię, cytaty z tekstów z epoki, wspomnienia osób, pamiętających lata 80. i szarą PRL-owską rzeczywistość. I to jest jej duży atut. Książka ma jeszcze jeden ważny atut – czytając zmagania Meyzy i Szabłowskiego uświadamiamy sobie, wraz z bohaterami, jak wiele straciliśmy jako ludzie kapitalizmu, jak ubodzy – mimo posiadania tak wielu gadżetów wokół – staliśmy się. To książka idealna na jesienną refleksję. Polecam.