Odrodzeni w powieści: Oriana Fallaci, „Kapelusz cały w czereśniach” – recenzja

materiały prasowe

W 1944 roku spłonęła skrzynia, w której rodzina Fallacich przechowywała bezcenne pamiątki po swoich przodkach. Oriana Fallaci miała wówczas tylko piętnaście lat, ale zdołała wcześniej przejrzeć rodzinny skarbczyk, z jakiego ocalały tylko resztki. Na szczęście znacznie więcej przechowało się w pamięci jej bliskich.

materiały prasowe

Przetrwało też sporo dokumentów, dzięki którym wytrawna reporterka uzyskała potwierdzenie dla wielu rodzinnych legend, które postanowiła uporządkować. Za spisywanie historii swoich „praszczurów i praszczurzyc” zabrała się jednak późno, bo w połowie lat. 90, kiedy już nikt ze starszych krewnych nie mógł jej wesprzeć. Luki, jakie z powodów oczywistych zawierała ta opowieść, Fallaci wypełniła więc własną fantazją. Co miało mocne uzasadnienie: losy jej pradziadków i prababć rzeczywiście nadawały się na rasową powieść.

Fallaci podjęła się tego dzieła, aby prześledzić to, jak charakter przodków wpłynął na jej własny. Innymi słowy: pokazać, że Oriana wzięła się z Carla, Cateriny, Montserrat, Francesca, Marii Rosy, Giobatty, Anastasii, Antonia i Giacomy – najważniejszych bohaterów „Kapelusza całego w czereśniach”. Wzięła się także, co warto dodać w tym miejscu, trochę i z Polski. Jeden z jej prapradziadków, Stanisław, był bowiem Polakiem, współpracownikiem Edwarda Dembowskiego i – jak sam Dembowski – zginął prawdopodobnie podczas powstania krakowskiego w 1846 roku. Szczególną wagę pisarka przyłożyła jednak do tego, co odziedziczyła po kobietach i to wywołanie ich duchów jest dla niej najistotniejsze. Najdosłowniej próbuje te duchy wywołać i wejść w skórę, by poczuć to, co jej przodkinie czuły w dramatycznych chwilach. A tych w ich życiu było co niemiara. Przy czym tylko raz Oriana zestawia własne traumatyczne doświadczenie z doświadczeniem jednej z praprababek omal nie zgwałconej przez żołnierzy – podobną sytuację Fallaci przeżyła w Wietnamie.

Prześwietlając żywoty swoich krewnych pisarka nie stara się przybrać beznamiętnego tonu, jaki cechuje wszechwiedzącego narratora. Przeciwnie – zdradza się ze swoimi odczuciami wobec postępków krewnych, przyznaje, że nie rozumie niektórych ich życiowych wyborów, wzdraga się przed opisywaniem rozlicznych tragedii, podkreśla też, że nie jest w stanie wyobrazić sobie wszystkiego. I właśnie to ciągłe balansowanie między subiektywizmem pisarki, emocjonalnie związanej z bohaterami, a obiektywizmem dziennikarki, dążącej do tego, by zdobyć jak najwięcej świadectw, które potwierdzałyby prawdziwość jej domysłów, jest znakiem szczególnym tej nietuzinkowej sagi. Dzięki jej komentarzom łatwo więc zauważyć, iż szczególnie bliskie są jej dwie postaci: Caterina i Anastasia. Obie przedsiębiorcze, niezależne i odważne, obie zasługujące na osobne książki. Ta druga wypełnia zresztą sobą nieomal całą czwartą część powieści (każda z części koncentruje się na jednej gałęzi drzewa genealogicznego) i mnie także zafascynowała najbardziej.

Wspominam o tym także dlatego, że dzieło Fallaci ukazało się już po jej śmierci (zmarła w 2006, jak wielu z jej przodków – na raka), w takiej formie, w jakiej je pozostawiła. Być może, gdyby miała na to szansę, dokonałaby jakichś skrótów, o które momentami w duchu ją prosiłam, zmęczona drobiazgowymi opisami weselnych strojów czy przydługą opowieścią o lekcjach czytania. Ale niesamowitą historię awanturnicy Anastasii pochłonęłam już jednym tchem, niezmiernie żałując, że trzynastu lat jej niezbyt długiego życia nie dało się zrekonstruować.

Z Cateriną, Teresą i Marią Rosą także jednak, za pośrednictwem Oriany, warto porozmawiać. Że nie wspomnę już o tym, iż warto rozmawiać ze swoimi bliskimi, zanim rodzinne legendy zamienią się w popiół.

Oriana Fallaci, Kapelusz cały w czereśniach. Przełożyli Jarosław Mikołajewski, Monika Woźniak, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012

Więcej nowości książkowych znajdziesz TUTAJ