Szczęśliwego złotego wieku

booklis.tpl

Przy lekturze nowej powieści Stephena Kinga „Dallas `63“ przypomniała mi się stara (ale genialna!) piosenka Ireny Kwiatkowskiej „Ballada jarzynowa“ z „Kabaretu starszych panów“.
Pierwsza zwrotka szła tak:

reklama

W pewnym sklepie MHD jarzyny
sprzedawały dwie młode dziewczyny.
Jedna klęła i czosnek lubiła –
a ta druga pachnąca i miła.
Więc tę pierwszą odłóżmy na bok
a o drugiej niech toczy się tok.

Mniej więcej tak samo zareagowałem na powieść Kinga, bo widzę w niej dwa tematy. Pierwszy to thriller. Nie zdradzając zbyt wiele z fabuły (czytelnik dowiaduje się tego na pierwszych stronach): bohater z roku 2011 cofa się w czasie do roku 1958 i może zapobiec zamachowi na JFK. Rzecz trzyma w napięciu i każdemu polecam lekturę, ale ważniejszy dla mnie jest drugi temat, więc to o nim niech toczy się tok.

Drugi temat to sam moment w czasie, z jakim wiąże się ta historia. Bohater ma okazję przeżyć parę lat w Ameryce końca lat 50. i początku lat 60. To czas wspaniałych wielkich samochodów (o kryzysach paliwowych nikt nie słyszał, a benzyna kosztuje grosze), domów na przedmieściach, ogólnej prosperity (nawet robotnicy mają domy i ogromne wozy), a przede wszystkim wrażenia, że najgorsze za nami, teraz będzie już tylko lepiej. Z dzisiejszego punktu widzenia był to Złoty Wiek Ameryki. Chwilę później przyszła katastrofalna dekada lat 60., wojna w Wietnamie, zabójstwa Kennedych i ogólny koniec niewinności amerykańskiego społeczeństwa. Krótko mówiąc, bohater trafił do mitycznego raju, o którym dzisiejszym członkom ruchu Occupy Wall Street opowiadali rodzice i dziadkowie.

Choćby ktoś nie lubił thrillerów i tak powinien przeczytać Kinga właśnie po to, żeby poczuć nagle tamten świat: wielkie kabriolety, nienajgorsze maniery, wspaniałe filmy, genialna moda. King nawet ze sceny zamówienia napoju w lokalnym barze robi wydarzenie, bo okazuje się, że napój ma smak, którego bohater w zasadzie nie potrafi opisać – bez konserwantów, bez polepszaczy smaku, bez barwników identycznych z naturalnymi.

Czytałem te opisy przeszłości i dopadła mnie zazdrość. Nie wobec bohatera, tylko wobec Kinga i reszty Amerykanów. Zazdrość, że pamiętają swój Złoty Wiek (ergo: był niedawno) i że są w stanie stawiać proste diagnozy, typu: gdyby tylko nie doszło do zamachu na JFK, wszystko byłoby cudownie. Tymczasem polska wersja opowieści Kinga byłaby niemożliwa. Po pierwsze, w ostatnim stuleciu nie było jednego feralnego wydarzenia, którego cudowne skasowanie wpłynęłoby na dalszą historię naszego kraju. Po drugie, nie mieliśmy w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat takiego Złotego Wieku, do którego warto byłoby się cofać. Gdyby nawet skopiować od Kinga jego daty i cofnąć się do roku 1958, to owszem, można by posłuchać na żywo Komedy czy podpatrywać, jak młodzi Wajda, Polański i Munk kręcą genialne filmy. Ale żyć w Polsce Gomułki? Słabo.

I wtedy przypadkiem trafiłem na artykuł z brytyjskiego „Guardiana“ sprzed paru tygodni (http://www.guardian.co.uk/commentisfree/2011/nov/12/poland-new-breed-optimists). To mocna lektura na początek roku dla każdego pesymistycznie nastawionego Polaka. Odpuśćmy autorowi głupawe uproszczenia dotyczące naszego spojrzenia na Niemców i Rosjan. Ważniejsze jest to, jak widzi z daleka dzisiejszą Polskę: „kraj nie był nigdy bogatszy, bezpieczniejszy ani lepiej zorganizowany, niż obecnie“. Na poparcie cytuje m.in. Zbigniewa Brzezińskiego, który stwierdza, że „Polska przeżywa najlepszy okres w historii“. Dalej idą wyliczenia o obecności w NATO, rosnącym PKB, czy niedawnych badanich satysfakcji z życia (80% zadowolonych). Zatem Złoty Wiek? Dziś? Znam zbyt wielu bezrobotnych dziennikarzy i za często słucham studentów załamanych perspektywami zatrudnienia, żeby w to łatwo uwierzyć. Ale może trzeba przyjąć szerszą perspektywę i uwierzyć tym, którzy patrzą z daleka? W końcu z bliska każdy ma pryszcze.

Moje życzenia na rok 2012 niech będą więc takie: Obyśmy zbyt zajęci narzekaniem nie przegapili swojego Złotego Wieku. I oby faktycznie dopiero się zaczynał.