Transas, narkos i burriers, czyli w narkoświecie Buenos. O reportażu Cristiana Alarcóna

materiały prasowe

Książki na temat świata przestępczego – określenie „półświatek” wydaje się raczej nieadekwatne – to z reguły swego rodzaju tłumaczenia z obcego na nasze.
Stosując kategorie i kryteria funkcjonujące w języku „zdrowej”, niepatologicznej, prawomyślnej części społeczeństwa, starają się one opisywać rzeczywistość, w której obowiązują zupełnie inne dyskursy, a więc inne sposoby porządkowania doświadczeń. Często epatują odbiorcę tym, co ekscesywne, bulwersujące i zwyrodniałe; co reprezentuje tę drugą, gorszą, „ciemną” stronę ludzkości, którą należy stanowczo potępiać i poddawać represjom.

Książki takie (lub filmy) zalecają się niekiedy do odbiorcy obrazami atrakcyjnego rzekomo „zła”. Zwłaszcza jeśli przeciwstawia się ono jakiemuś innemu złu i występuje w roli karzącej ręki sprawiedliwości, której bezwzględne działania dają upust naszym wypieranym – jako etycznie nagannym – pragnieniom, by złych ludzi spotykały naprawdę złe rzeczy, a nie humanitarna resocjalizacja czy, nie daj Boże, terapia.

Tajniki umbandy

Z czymś radykalnie odmiennym mamy do czynienia w przypadku książki „Ja, transa” argentyńskiego pisarza chilijskiego pochodzenia Cristiana Alarcóna. Wprowadza nas ona od razu – bez wstępnych objaśnień – w sam środek świata narkobiznesu w jednej z dzielnic na przedmieściach Buenos Aires. W książce nosi ona nazwę Villa del Señor, ale imiona bohaterów oraz współrzędne czasu i przestrzeni zostały „zmodyfikowane lub pominięte”, jako że celem autora nie jest „współpracowanie z władzą sądowniczą ani policją”. Jego pierwszą zasadą jest nieszkodzenie osobom, które zgodziły się opowiedzieć mu swoje historie. Jak się wydaje, nie ma też zbytniego zaufania do funkcjonariuszy państwowych.

Pomimo „przestępczego” tematu reporter nie zaczyna z grubej rury – co mu się chwali – od zabójstw ani przemocy, ale od dnia powszedniego tych spośród swoich bohaterów, z którymi nawiązał stosunki najbardziej zażyłe. Dlatego może opisywać ich życie z ich własnej perspektywy, z której to nie tyle oni naruszają prawo i stosują przemoc, łamiąc reguły społecznego współbycia, ile to prawo, przemoc oraz sytuacja społeczna wkraczają w ich egzystencje, wymuszając stosowne reakcje.

Początek prezentuje się iście powieściowo. Narrator-autor bierze udział w nocnym, magicznym rytuale: „Alcira naciąga żółtą satynę na deskę, jakby nakrywała obrusem ołtarz. Zamówiła wykonanie drewnianej płyty, o co prosiła mai, okazałej postury kobieta, która od kilku miesięcy odkrywa przed nią tajniki umbandy”. Autor nie objaśnia jednak, kim lub czym są mai ani umbanda, kim jest Alcira i o jaki rytuał dokładnie chodzi. To wyjaśni się później.

Dalej jest równie powieściowo. Oddając głos kolejnym bohaterom, Alarcón – niczym Mario Vargas Llosa – serwuje ich monologi w trybie in medias res, często bez dodatkowych narracyjnych komentarzy, tak że o tym, kto mówi w danym momencie, musimy wnioskować wyłącznie z toku rozmów. Na przykład: „Jeśli tylko się chce, można odmienić swoje życie, powtarzam sobie. Wyobraź sobie, człowieku, że jedna moja kuzynka miała telewizor i trzeba było ją prosić, żeby dała pooglądać”. Dopiero po jakimś czasie orientujemy się, że opowiada Teodoro, jeden z głównych bohaterów książki, bezwzględny narko, którego zarys charakteru – podobnie jak innych osób – objawi się nam stopniowo jako iloczyn kilku, nie zawsze ze sobą zgodnych, opowieści snutych z różnych perspektyw.(…)

Więcej na stronie Kultury Liberalnej