Virginia Woolf „Między aktami”

Materiały prasowe /

Czytając ostatnią powieść Virginii Woolf, przypomniałam sobie, jak w swoich dziennikach pomstowała na artykuł w „Saturday Review”, gdzie nazwano ją „twórczynią błonek i koronek, bywalczynią cienistych saloników itd.” (zapis z 20 lutego 1937 roku). A to dlatego, że w „Między aktami” literackich i zwykłych „koronek” znajdzie się bez liku. Pierwsze jednak należą do splotów najprzedniejszej lirycznej próby, drugie – gdy się im bliżej przyjrzeć – okazują się kuchenną ścierką.

reklama


Jest więc czerwcowy dzień 1939 roku. W wiejskiej posiadłości odbywa się przedstawienie na rzecz odnowienia kościoła. Aktorzy należą do ludu, a publiczność do okolicznej śmietanki towarzyskiej. Między aktami sztuki poświęconej historii Anglii (a raczej angielskiej literatury, którą pisarka zmyślnie parodiuje) rozgrywają się małe ludzkie dramaty. Przy czym na zewnątrz nie dzieje się nic: wszystko pozostaje w sferze spojrzeń, gestów i marzeń. Woolf była mistrzynią w ich chwytaniu i właśnie mistrzostwo literackiej impresjonistki jest tutaj najważniejsze. Jak ukryć znudzenie, jak sekretnym skinieniem głowy okazać uczucie, które nigdy się nie spełni, jak wreszcie przekuć trywialność świata na czystą poezję? – tego ciągle można się uczyć od niezrównanej autorki „Fal”.

przełożyła Magdalena Heydel, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2008, s. 252