Władimir Lipowiecki „Dziecięca arka. Jak Amerykanin ratował rosyjskie dzieci w burzliwych czasach po rewolucji”

fot. materiały prasowe

Historia akademicka opisała już polityczne i społeczne skutki I wojny światowej. W Rosji tym bardziej dotkliwe, że wiązały się z rewolucją bolszewicką i wojną domową, która na Dalekim Wschodzie trwała aż do 1923 r. Kryzys ekonomiczny doczekał się wielu analiz, ale podręczniki nie poświęcają uwagi losom indywidualnych rodzin. Tę lukę częściowo wypełnia książka „Dziecięca Arka” Władimira Lipowieckiego. Częściowo, gdyż autor opisuje koleje tylko jednej z kilkudziesięciu (prawdopodobnie) grup dzieci i młodzieży ewakuowanych z Piotrogrodu.

fot. materiały prasowe

reklama

Wiosną 1918 r. w stolicy panuje głód. Rodzi się więc inicjatywa, żeby na kilka miesięcy wysłać dzieci na kolonie. Przedsięwzięcie wspierają przedrewolucyjne towarzystwa dobroczynne. Rodzice mają nadzieję, że sytuacja wkrótce się poprawi i koloniści wrócą do domów przed zimą. Ale wszystko się komplikuje – wojna domowa obejmuje kraj i linia Kolei transsyberyjskiej przechodzi z rąk do rąk. Dzieci spędzają więc zimę na Syberii. Rodzice, widząc, że organizacje państwowe nie są w stanie zadbać o kolonię, zwracają się o pomoc do Amerykańskiego Czerwonego Krzyża.

I tak oto na arenę wkraczają dwaj jankesi: Riley Harris Allen (wcześniej i później redaktor „Honolulu Star-Bulletin) i Burle Bramhall (w cywilu uznany finansista). Obydwaj zostaną z kolonistami aż do końca eskapady. Amerykańcy opiekunowie, uzależnieni od stosunków Waszyngton-Moskwa, wielokrotnie musieli walczyć z administracją o pieniądze i prawo kontynuowania rejsu.

„Dziecięca Arka” to wzruszająca i drobiazgowa opowieść o wymuszonej wielką polityką podróży dookoła świata, nad którą autor pracował 25 lat! Książka tym cenniejsza, że solidnie udokumentowana – zawiera odpisy dzienników, przywołuje wspomnienia uczestników, odwołuje się do korespondencji prywatnej i oficjalnej. Z przypisów dowiadujemy się, że całe to imponujące przedsięwzięcie było przez lata okryte tajemnicą. Wydanie książki uruchomiło lawinę komentarzy i korespondencji do autora. Żona wybitnego choreografa , Leonida Jacobsona, napisała m.in. „Trzymał [mąż] w tajemnicy swoją odyseję, ale chciał, żeby dowiedziało się o niej jak najwięcej osób, i marzył, że kiedyś powstanie o niej książka, a nawet film. I ten cud, bo inaczej nie mogę tego nazwać, nastąpił.” Władimir Lipowiecki zadedykował tom swojej matce, Rozie Lipowieckiej, która ratowała dzieci w czasie II wojny światowe. On sam uratował od zapomnienia tysiące kolonistów i ich opiekunów, także tych bezimiennych, z innych ośrodków. Czyż może być piękniejszy hołd?!

 

przełożyły Wiesława Karczewska, Ewa Rojewska-Olejarczyk, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2011, s. 656