„Kto się boi Wirginii Woolf“ w Teatrze Wybrzeże

Po wielu próbach udało mi się wreszcie dostać na słynny już na Wybrzeżu spektakl z Dorotą Kolak i Mirosławem Baką w rolach głównych. Mimo upalnego weekendu widownia była zajęta do ostatniego miejsca.
Para naukowców z prowincji mieszka w domu, z którym całe ściany pokrywają książki. Kolejne leżą w stosach na ziemi. Ten klimat stworzony przez scenografię Barbary Hanickiej  urzekł mnie od razu. Na książkach siadają też goście: Nick – nowy nabytek w katedrze biologii wraz z żoną Honey, gdy dobrze po północy przychodzą z wizytą. Marta z George’em muszą ich przyjąć, bo ojciec Marty jest rektorem na ich uczelni i bardzo mu na tym zależy. A tatuś, jak się szybko okaże, „może wszystko”. Między gospodarzami a gośćmi zaczyna toczyć się niebezpieczna gra, która ostatecznie doprowadzi do odwiecznej dyskusji Marty z George’em, pt. „kto komu bardziej zniszczył życie?”. Z chwili na chwilę rozmowa staje się coraz bardziej ryzykowna − młodzi nieopacznie zwierzają się także ze swoich sekretów, co w finale tej nocnej bitwy na emocje George niecnie wykorzysta.

W  tej grze nie ma granic cierpienia i rozpaczy. Goście i gospodarze, zrzucając ubrania, stają przed nami nadzy i bezbronni. Jak każdy z nas, „kopnięty” z całej siły w czułe miejsce. George i Marta ranią się bez opamiętania, wlewając w siebie coraz morze ginu i burbona − w obu czynnościach mąją wielka wprawę. Ale zarazem widać, jak wiele ich łaczy, bo przecież toksyczne związki są trwalsze niż uzależnienia. Małżonkowie mają jedną niepisaną regułę: nie rozmawiają na ten temat z nikim. Do czasu, aż zmęczona i pijana Marta zdradzi sekret Honey, a ta natychmiast jest gotowa go wypaplać. Wtedy w George’u pękają wszystkie tamy, a Marta nie pozostaje mu dłużna − niszczą wszystko, a na gruzach ich związku dochodzi do traumatycznej rozmowy Nicka i Honey, podczas której okazuje się, że młodzi małżonkowie wcale nie są ze sobą z miłości.

W spektaklu nie brak mocnych, emocjonalnych scen pojedynczych i zbiorowych. Ta, w której półnaga Dorota Kolak błąka się po salonie, szukając pilota do sprzętu grajacego, na długo pozostanie mi w pamięci. Aktorka  tak zrosła się z postacią Marty, że fizycznie czułam jej ból, upokorzenie i ogrom miłości, która nie znajduje ujścia już nigdzie. George  Mirosława Baki to jedna z najlepszych kreacji tego aktora. Jest tak rozgoryczony i rozczarowany swoim życiem, że ze strachem patrzy się na jego psychiczny i fizyczny rozpad. Człowieka, kochanka i naukowca bez żadnej szansy na wymarzony awans w katedrze historii czy choćby wydanie jednej z autobiograficznych powieści które, jak się okazuje, pisze od lat. Spektakl Wiśniewskiego w tym sensie jest wirtuozerskim koncertem na dwa głosy. Nagradzany wielokrotnie za kreacje na tej scenie duet Kolak-Baka tak dobrze współpracuje ze sobą, że gotowa jestem uwierzyć, że i prywatnie świetnie się rozumieją. Dają sobie przestrzeń do gry, rezonują odbitymi od partnera emocjami i naprawdę dają z siebie wszystko. Także para młodych aktorów, którym przy takich tuzach nie jest z pewnością łatwo, szybko kreśli charaktery swoich postaci. Piotr Biedroń i Katarzyna Dałek są wyraziści i bardzo sprawni warsztatowo. Naturalni, dobrze radzą sobie ze swoim ciałem, nagością. Wychodzą z twarzą z zabawnej pomyłki w jednej z rozbieranych scen. Szczegółów nie zdradzę, bo trzeba to po prostu zobaczyć.

Planując podróż do Trójmiasta, warto mieć w planach przedstawienie Wiśniewskiego. Takie zakończenie weekendu nad morzem  było dla mnie prawdziwa gratką.

„Kto się boi Wirginii Woolf“, Edward Albee, przekł. Jacek Poniedziałek , reż. Grzegorz Wiśniewski, premiera 02 października 2015, Teatr Wybrzeże