Filip Springer: Cisza w Helsinkach

W tym roku Helsinki są oficjalnie uznaną Światową Stolicą Designu choć moim zdaniem były nią już wcześniej, tyle że tak po prostu, bez ogłaszania i jakoś nikt tego specjalnie nie przeżywał.
Jeszcze w samolocie czytam w gazetce linii lotniczych, że w związku z powyższym design otacza człowieka w tym mieście właściwie wszędzie i w zasadzie trochę się tego boję, bo wolałbym, żeby w niektórych miejscach mnie nie otaczał, albo chociaż otaczał jakby mniej.

W związku z tym jednak myślenie designem przez duże D opanowało wszystkie sfery życia i wychodzi to niekiedy naprawdę karkołomnie. Na przykład pracownicy miejskich urzędów otrzymali polecenie by wplatać design do swojej działalności. W efekcie urzędnicy wydziałów zajmujących się opieką społeczną albo zatrudnieniem musieli wykombinować jak poprzez design pomagać ludziom. Kończyło się zwykle na prezentacji w PowerPoincie i zażenowaniu. To trochę tak jak te wszystkie kawiarnie / przestrzenie / inicjatywy dla miłośników „ładnych rzeczy”, które pączkują teraz w Polsce jedna po drugiej. Doprowadzają mnie do szału nie swoim istnieniem ale wynoszeniem na piedestał czegoś, co powinno być transparentne. Tak jakby byli też „miłośnicy brzydkich rzeczy”. W mieszkaniu moich helsińskich znajomych, u których się zatrzymałem, stoi stół i krzesła zaprojektowane przez Alvara Aalto i nikt jakoś z tego specjalnie nie robi afery.

Ale nie o tym. Przy okazji „Światowej Stolicy” w Helsinkach przy placu Simonkatu stanęła Kaplica Ciszy. Simonkatu to jest takie miejsce, w którym biegnie się z pociągu na autobus, albo z pracy na lunch i generalnie człowiek się raczej spieszy. Dookoła króluje prostopadłościenność, beton, aluminium i szkło. Aż tu nagle ta kaplica. Walcowata, drewniana struktura (Finowie śmieją się pokątnie, że przemysł drzewny zrobił na tym niezły interes), wrzucona w samo tętniące życiem serce miasta. Już od samego patrzenia na nią można się uspokoić. Można też wejść. I wtedy dopiero się zaczyna, bo w środku jest naprawdę cicho. Cała hucząca dookoła metropolia po prostu znika za grubymi drzwiami. Człowiek zaczyna się zastanawiać czy na pewno wyłączył telefon choć sprawdzał to przed wejściem kilka razy. Trzask migawki wydaje się tu być wielką niestosownością. To taka architektura, która na chwilę zmienia człowieka, bo można nie wierzyć w znaki, które tu wiszą na ścianach, ale po wyjściu i tak mieć poczucie, że przeżyło się coś naprawdę istotnego.