Filip Springer: Dzikość w Warszawie

Jest taka wyświechtana anegdotka o praskim brzegu Wisły. Przyjeżdża wycieczka japońskich urzędników. Ktoś prowadzi ich na tamten brzeg. Stoją, patrzą, robią zdjęcia. W końcu któryś z nich pyta, ile kosztowało przywrócenie temu miejscu naturalnego stanu. Gdy pada odpowiedź, że tak to już tu zawsze było, Japończycy nie mogą uwierzyć. Trzeba im wytłumaczyć całą skomplikowaną historię Warszawy ostatnich 100 lat, by coś tam do nich trafiło.

Jest w tej anegdotce pewien fałsz, bo to nieprawda, że ten brzeg ma naturalny kształt. Został uregulowany po wojnie, tak jak cała Wisła. Ale i tak jakimś cudem ostała się tutaj ta szczera dzikość – chaszcze, drzewa z wyraźnie zaznaczonym na pniach śladem wysokiej wody, powalone tą wodą pnie, piach, cisza. Podobno, to tym brzegiem wędrują czasami wilki i łosie w swych corocznych migracjach. Zobaczyć samotnego wilka nad Wisłą w centrum Warszawy to byłoby coś. Często tam chodzę, ale nigdy żadnego nie widziałem. Czasami psy widzę. Rzadko widuję ich właścicieli. Ale pies to nie wilk.

Lubię ten brzeg o wiele bardziej, niż ten ze skarpą. Chodzę tam często robić zdjęcia, choć od jakiegoś czasu mam wrażenie, że wszystko już tam sfotografowałem i nie ma sensu fotografowanie niczego więcej. A mimo to wciąż tam chodzę. Wysiadam na Moście Łazienkowskim i kładką schodzę nad samą wodę. Zatrzymuję się tylko przy ośrodku wioślarskim i patrzę sobie z góry na wrzecionowate łódki ułożone w równych rzędach. Sam budynek zaprojektował Arseniusz Romanowicz i Piotr Szymaniak. Ci sami, którzy przez kilka grubych dziesięcioleci siedzieli nad kolejnymi projektami Dworca Centralnego, a przy okazji zaprojektowali jeszcze takie warszawskie ikony, jak dworce Powiśle, Ochotę, Stadion czy Wschodni. Ale po ośrodku żeglarskim wcale nie widać, że to oni. Wygląda trochę tak, jakby po prostu chcieli odetchnąć od tego kolejnictwa nad rzeką. Może dlatego zaprojektowali taki wielki taras? Można by sobie wyobrażać jak na nim stoją i patrzą. A w dali huczą pociągi na moście średnicowym.

Potem jest już ten piach i krzaki. Znam takie miejsce, gdzie leży rozpadająca się, drewniana łódź. Widać ją tylko jesienią, jak nie ma liści, a niecka, w której leży, nie wypełniła się jeszcze wodą, albo śniegiem. Latem łódź znika w zieleni i trudno ją odnaleźć.

Ale najbardziej lubię ślady ognisk. Jest ich mnóstwo. Niektóre jeszcze ciepłe gdy zbliżyć do nich rękę, inne zupełnie wystygłe. Jest kilka miejsc na tym brzegu, gdzie ogniska palą się co noc. Ale ciągle przybywa też nowych. Gdy na nie patrzę, przypominam sobie o tych wędrujących zwierzętach. Wyobrażam sobie, że w ślad za nimi podążają myśliwi. Kiedyś wyszli z miast, rzucili wszystko i postanowili żyć w puszczy. To oni nocami rozpalają te ogniska. Zasypiają na siedząco zawinięci w koce, a przed świtem pakują się i kontynuują swą pogoń. Nikt ich tu nigdy nie widział, ale tych wilków w sumie też nie, więc na jedno wychodzi.

Jedni i drudzy są po prostu niewidzialni.