Filip Springer: Krzesło zamiast Rovigo

Tych 5 godzin nie wzięło się znikąd. Na tyle starcza mi zwykle prądu w komputerze. Jeśli na jednym ładowaniu dojadę tam gdzie chcę, to podróż jest krótka. Jeśli zaczynam nerwowo szukać gniazdka, to znak, że wybrałem się na dłuższą wyprawę.
Podobno panuje epidemia grypy. Mogłaby to sugerować kolejka do przychodni pod domem i alarmujące wpisy przyjaciół na Facebooku. Piszą, że na wizytę u prywatnego lekarza trzeba czekać tydzień. Nie wiedziałem. Od dwóch tygodni prawie nie wychodzę z domu. Teraz wyszedłem. Jadę.

Nie pamiętam, kiedy podróż przestała być dla mnie kwestią przestrzeni. Teraz jest już tylko kwestią czasu. Podróż krótka zajmuje nie więcej jak 5 godzin. W tym czasie mogę dojechać tanim pociągiem z Warszawy do Poznania, albo dolecieć samolotem z Poznania do Barcelony. Mogę coś załatwić i jeszcze tego samego dnia wrócić. Powyżej 5 godzin podróż jest długa – na przykład z Poznania do Krakowa, który jest bliżej niż Barcelona, ale odległość nie ma żadnego znaczenia. Liczy się tylko czas.

Czasami łapię się na tym, że podróżując w ten sposób niczego już nie oglądam. Bo skoro przestrzeń straciła znaczenie, to właściwie nie ma na co patrzeć. Na szczęście, od czasu do czasu, sobie przypominam, że to nie tak.

Na przykład trasa Warszawa – Poznań. Są tu takie miejsca, których sobie nie odpuszczam, podnoszę wzrok znad ekranu niemal dokładnie wtedy, kiedy trzeba. Spożywczak w Kutnie, w budynku pamiętającym pewnie powstanie listopadowe. Z tyłu przykleił się do niego pastelowy dziś bloczek, a całość wygląda jak zderzenie epok. Albo takie pole za Koninem, na którym zawsze jest mgła, a słupy elektryczne stoją jakoś tak dziwnie parami. A zaraz potem, jeśli mgła ustępuje, widok kominów elektrociepłowni i kłęby buchającej z nich pary. Byłem kiedyś na wysypisku popiołów z tej elektrociepłowni. Tak będzie wyglądał świat gdy się skończy. Jest jeszcze szoferka starego Żuka, która leży w jakimś sadzie, nie pamiętam gdzie, ale niemal za każdym razem gdy jadę tą trasą, to udaje mi się ją dostrzec. Wygląda bardzo samotnie, jak na prostą szoferkę.

Tych miejsc mam w całej Polsce więcej: na trasie z Warszawy do Katowic najbardziej lubię takie sztuczne stawy w Jurze, gdzieś przed Zawierciem. Na trasie do Wrocławia – mural z Dalajlamą w Obornikach Śląskich. Na trasie do Lublina – lessowe pagórki gdzieś przed Nałęczowem.

Dziś wysiądę w Poznaniu, ale gdybym jechał dalej, do Szczecina, to w samym środku puszczy Noteckiej, gdzieś przed stacją Miały, mijałbym zielone, plastikowe krzesło. Stoi sobie tam na piaszczystej wydmie, pod brzózką. Dookoła w promieniu wielu kilometrów nie ma nic. To krzesło jest moim ulubionym punktem orientacyjnym na mentalnej mapie Polski.

Widać każdy ma takie Rovigo, na jakie zasłużył.