Filip Springer: Nowe w Katowicach

T. mówi mi, że w sprawie tego dworca to ma czasami tak jak po skończeniu długiego związku. Nie chce mu się do tego wracać, najchętniej by zapomniał, bo każde wspomnienie sprawia mu wręcz fizyczny ból. Trochę go rozumiem, bo T. włożył mnóstwo wysiłku, żeby ten dworzec nie znikał. T. przegrał, a dworzec zniknął.
W jego miejscu stanęło Nowe. Otwarto je pod koniec października. W Nowym pachnie trochę kwiatami, schody przesuwają się cicho i dostojnie. Nigdzie nie leżą bezdomni, nie ma bud z kebabem, jest sieciowy fast food ze słowem „restauracja” w nazwie. Kasjerki mają białe jak śnieg koszule i fikuśne apaszki. Jest europejsko. Jest się czym chwalić.

Z zewnątrz Nowego nie zobaczyć się po prostu nie da. Wygląda trochę jak wielki statek, który z pełną prędkością wbił się w portowe nabrzeże, zaparkował między domami, burząc to i owo po drodze, a jego pijany kapitan zaległ na koi w błogości dobrze spełnionego obowiązku. W takich okolicznościach w mieście powinna wybuchnąć panika. Ale w Katowicach nie wybuchła, choć wszyscy widzieli jak wielki statek płynie w ich stronę. Nowe miało pachnieć, a stare śmierdziało, więc trzeba było wyburzyć.

A ze Starym było tak. Rok 1972 – trzech architektów – wybitnych: Wacław Kłyszewski, Jerzy Mokrzyński. Eugeniusz Wierzbicki. Jeden konstruktor – genialny- Wacław Zalewski. Zazdrościło go nam pół świata.

Wszyscy oni zainspirowali się dziełami hiszpańskiego architekta Felixa Candeli, który jako jeden z pierwszych oparł dachy swoich budynków o charakterystyczne betonowe kielichy. Wymyślili, że kielichy staną także w Katowicach. I stanęły – 16 kielichów przez 40 lat podtrzymywało dach katowickiej hali dworcowej, wprawiając w zachwyt znawców architektury z całego świata. Stąd biegli jeszcze pod Spodek, potem jechali do Warszawy obejrzeć Supersam i już najważniejsze obiekty polskiej moderny mieli zaliczone.

Kielichy wraz z całym dworcem runęły za zgodą urzędników na początku 2011 roku. Potem wprawdzie Generalny Konserwator Zabytków uchylił zgodę na ich wyburzenie, ale z tym uchyleniem w łapce mógł jedynie stać na gruzowisku i patrzeć, jak ciężarówki wywożą to, co z kielichów zostało.

W miejscu gruzowiska stanęło właśnie Nowe. O całej operacji mówiono oficjalnie „przebudowa”, choć ze starego dworca nie został tu nawet ślad.Tym Nowym pochwaliła się ostatnio na Facebooku nawet Kancelaria Premiera. Wrzucili zdjęcia tego, co było i tego, co jest i napisali, że taka jest oto „Polska w budowie”. Dodali jeszcze, że „Cała inwestycja to dobry przykład współpracy władz miasta, spółki Skarbu Państwa i prywatnego inwestora” . Jak to przeczytałem, to pomyślałem sobie o T. Jego takie coś musi nadal boleć.

PS. A jakby ktoś chciał o Starym dowiedzieć się trochę więcej, to ma okazję, bo tak się jakoś złożyło, że jego wyburzenie wzbudziło w ludziach niesamowite wręcz pokłady kreatywności. Wybitny katowicki fotograf, Michał Łuczak, wydał właśnie książkę fotograficzną pod tytułem „Brutal” poświęconą katowickiemu dworcowi (więcej tutaj: http://michal-luczak.com/personal/brutal/ ). A Alicja Gzowska napisała o tym miejscu z perspektywy historyczki sztuki w książce „Szesnaście betonowych kwiatów” http://www.slaskwn.com.pl/sklep/index.php?s=karta&id=636 )