Filip Springer: Płot w Poznaniu

Marian pamięta kiedy to było, bo wtedy urodziła mu się córka. To znaczy nie wtedy, jak ulicą miał jechać Pierwszy, ale w tym samym roku. Siedemdziesiątym czwartym. Przed wojewódzkimi dożynkami przyjechali majstrowie i postawili. Nie żeby jakiś szał – dechy między słupkami, pociągnięte zieloną farbą. Nie mówili po co stawiają, ale wszyscy, co na Maltańskim mieszkali, i tak wiedzieli. Bo oni już wtedy byli wstydem dla miasta i są nim nadal. I ten wstyd trzeba jakoś było zasłonić, żeby nie rzucał się w oczy Pierwszego.
Maltańskie to jedno z moich ulubionych miejsc w Poznaniu. Każdy, kto jedzie tu z Warszawy samochodem, musi je minąć. Ale mało kto je widzi, bo w dalekiej perspektywie za Maltańskim, świeci i wabi sztuczny stok narciarski i wszyscy co jadą, a zwłaszcza ci, co jeszcze nie przywykli mówią – „Zobacz , ludzie na nartach”. I jak jest środek lata to rzeczywiście to jest widok dość niezwykły. Gdyby jednak nieco spuścić wzrok w dół i przeogniskować sobie soczewkę na to, co bliżej, zobaczyłoby się morze zieleni, a na pierwszym planie ten płot.

Maltańskie to takie miejsce, o którym nikt nie chce pamiętać. Bardzo dawno temu to były ogródki działkowe, ale ludzie jak to ludzie, z braku innych opcji, postanowili tu zamieszkać. Domy rozrastają się tu od tamtego czasu tylko w parterach, płożą po ziemi, bo tylko tam można je rozbudowywać bez niezbędnych pozwoleń. Nikt w to miejsce nie inwestuje złamanego grosza, nie ma kanalizacji, nie ma asfaltu na uliczkach, ani chodników. Na środku jest zarośnięty plac, z zielska sterczą resztki tego, co kiedyś było placem zabaw. Ja na to wszystko mówię czasem „mała Albania”. Kiedyś byłem na takim osiedlu pod Tiraną i było podobnie. Tylko tam było trochę więcej śmieci.

Maltańskie wisi na niepewności – teren odzyskał niedawno kościół i pewnie strasznie chciałby go sprzedać. Działka jest atrakcyjna, znajdzie się niejeden, co będzie tu chciał postawić osiedle o idyllicznej nazwie.

Więc przyjechali majstrowie i postawili płot. Tyle, że tak bez przekonania postawili, bo zza płotu i tak wyglądały ceglane kominy i fragmenty dachów szopek przerobionych na domy. Wtedy jeszcze talerze anten nie wystawały, ale kominy owszem. Marian to pamięta, bo ten płot ma tyle lat co jego córka. A on sam tu od sześćdziesiątego szóstego mieszka.

Od tego czasu płot nikogo nie interesował. Zarastał, w niektórych miejscach znikał zupełnie, w innych ktoś sumiennie dobijał nowe klepki tam, gdzie pojawiły się dziury. Teraz zielonego płotu zostało niewiele. Ginie i pojawia się wśród krzaków zarastających skraj Maltańskiego. Mówił mi ostatnio sąsiad Mariana, że ludzie tu od zawsze przychodzili i zaglądali, pytając czy to tu można pooglądać te wszystkie zwierzęta.

– Bo obok jest Zoo i im się myliło. Ja im wtedy mówiłem, że tutaj to jesteśmy tylko my i jak chcą, to mogą popatrzeć. Ale nie chcieli.

Wszystko to jest takie trochę tragiczne, trochę zabawne i mogłoby być też trochę pouczające. Żeby ludzi żadnych płotem nie odgradzać, tak jak to się stało na Maltańskim, zwłaszcza wbrew ich woli, bo żadni ludzie wstydem nie są i tak dalej. No byłoby, gdyby nie to, że 500 metrów od maltańskiego powstało w ubiegłym roku pewne miejsce. Stoją tam białe kontenery z widokiem na mur. Ciężko tam trafić, bo to na końcu bocznej uliczki, od przystanku jakieś 15 minut spaceru poboczem drogi. Wokół magazyny i industrial w stanie rozpadu. W tym miejscu władze Poznania już osiedlają tak zwanych trudnych lokatorów. Poszedłem tam ostatnio. Jakbym był trudny i by mnie tu zesłali, to by mi się odechciało pracy nad sobą. Zachlałbym się na śmierć. Tłumaczą to władzom Poznania różni ludzie, także tacy, co ze swoich trudności wyszli, bo ktoś wyciągnął do nich rękę i powiedział: jesteś trudny, ale nadal jesteś jednym z nas. Ale władza wie lepiej. Miejsce, gdzie postawiono kontenery, ma dla niej jeszcze jedną zaletę. Nie da się go zobaczyć z samochodu jadącego Trasą Warszawską. Jest za solidnym murem.

PS. Stawianie płotu przy Maltańskim na niewiele się zdało. Pierwszy i tak tędy nie jechał. Przyleciał samolotem.