Filip Springer: Smutek na Gocławiu

Tu się nawet umrzeć porządnie nie da – mówi mi jedna z mieszkanek Przyczółka i zaczyna tłumaczyć. Mieszkania są tu, według niej, tak zaprojektowane, że nie da się z nich wynieść trumny. – Sama widziałam, jak przerzucali sobie umarlaka przez ramię i tak nieśli do karawanu – dodaje.
Ludzie się dowiedzieli, że tu węszę i niektórzy sami dzwonią albo piszą maile. Ostatnio zadzwonił jakiś facet i mnie zwyzywał, że powinienem się zająć czymś poważnym, a nie takimi pierdołami jak Przyczółek.

– Bo to osiedle trzeba wyburzyć! – zakończył.

Ale nie o tym. Jako, że zaraz siadam do poważniejszego pisania, postanowiłem wymienić krzesło. Proza życia: to co mam jest niewygodne, muszę podkładać poduszki i co wstanę to one spadają, rozsypują się po pokoju. I to niby dobry pretekst, żeby nie wstawać, ale przed rozpoczęciem pisania to jest zwykle tak, że się szuka jednak bardziej pretekstów, żeby nie siadać. Więc nie siadam, bo jak wstanę, to one spadną. A robota leży.

A więc krzesło. Myślę sobie: tyle mam marketów wokół, pójdę i kupię jakieś biurowe. No to poszedłem. Pierwszy był budowlano – wnętrzarski. Pytam, czy mają krzesła obracane, żebym mógł usiąść. Gość w informacji mówi, że nie wie. NIE WIE! Więc idę i szukam, ale nie mają. Już trochę zły wychodzę i do następnego. Już wolę nie pytać, przez chwilę pożyję nadzieją. Znajduję tylko foteliki samochodowe. Trochę miałbym za nisko do komputera. Jest jeszcze trzeci market – a tam szał i luksus, jak wszedłem to już wiedziałem, że krzesła nie kupię. Siadam w kącie, zamawiam kawę niewartą swej ceny, choć pyszną i sprawdzam w sieci. Są salony krzeseł w centrum, studia designu na Mokotowie, przestrzenie ładnych rzeczy (w tym jak domniemywam także krzeseł) na Powiślu. Wszystko to stwarza „niepowtarzalną okazję wyjątkowej aranżacji mojego wnętrza”. Tylko, że ja bym chciał po prostu kupić krzesło do mojej wynajmowanej kawalerki na Przyczółku, bo jak wstaję z tego co mam, to mi poduszki spadają. No, na Gocławiu nie kupię.

Wracam więc zrezygnowany, na tarczy, za to bez krzesła do domu i dopiero wtedy mnie trafia. Pustynia. Drogi jak od linijki, koraliki parkingów i dopiero w oddali jakieś bloki – marzenia. W każdym rodzina na kredycie. Patrzę i nie wierzę własnym oczom, bo każdy jest inny. No, można nawet się bawić w szukanie dwóch zrobionych w podobny sposób i się nie znajdzie. Każdy stawiał co chciał. Niby wiedziałem, bo przecież tu mieszkam, ale w tę stronę z mojego Przyczółka nigdy się nie wypuszczałem. Gocławski raj wybudowano tu już w XXI wieku. Z tych domów może i trumnę da się wynieść. Ale czy nadal można tu mówić, że się żyje w mieście? Jest smutno, szaro i do dupy, a ten chaos wokół tylko to potęguje. Czuję się źle, wręcz panicznie. Szukam wyjścia, ale stąd do mojego Przyczółka jeszcze kawał drogi. Idę, już nie myślę o krześle, po prostu, patrząc pod nogi, uciekam stąd z duszą na ramieniu, bo to wszystko wygląda tak, jakby za rogiem (którego nie ma) czaiła się depresja wielkości Madagaskaru. W końcu mijam kościół i jestem u siebie. Wchodzę na galeryjkę, przechodzę pod blokiem. Otacza mnie cisza.

Ostatnio spotkałem się z Zofią Hansen, która wraz ze swoim mężem Oskarem zaprojektowała Przyczółek. Wie, że tam mieszkam.

– Tak sobie ostatnio nawet myślałam, że jakby pan tam odkrył jakieś niedogodności w mieszkaniu, to niech mi już Pan nie mówi, bo po co mi wiedzieć – zwierza mi się i zaraz potem pyta – Odkrył Pan?

– Odkryłem Pani Zofio, ale nie na Przyczółku – mówię.

Jak tu umrę z braku wygodnego krzesła, to i tak będzie mi wisiało, jak mnie stąd wyniosą.