Filip Springer: Widoki w Erewaniu

Erewań ożywa o zmierzchu, a Anahit zaczęła właśnie grać na pianinie. Na zewnątrz wieje wiatr, a ona gra wszystkie francuskie szlagiery. Wyobrażam sobie, że lubi to robić, gdy we wszystkich jej łóżkach śpią obcy ludzie. Siada wtedy przy pianinie i zaczyna grać, a spaleni słońcem backpackerzy z całego świata milkną i słuchają.
Erewań jest dziwny, bo wysprzątany i całkiem zorganizowany. Zupełnie nie jak reszta kraju. Tam jest syf i bieda, a tutaj high life i WiFi w każdej knajpie. Wystarczy jednak zejść z głównej ulicy i jest przestrzenny Armagedon. Właśnie dlatego to wygląda trochę tak, jakby ich ktoś tu ostro trzymał za mordy. Jakby im kazali sprzątać na zewnątrz, a oni sobie z tyłu i tak robili ten swój syf.

To samo jest z tą ich Kaskadą. Walnęli sobie w środku miasta wypasione wielkie schody, żeby się było można powspinać do Wspaniałej Armenii. Komu się nie chce wspinać, może wjechać ruchomymi schodami ukrytymi w środku. Na Kaskadzie wieczorami kwitnie miłość. Wszędzie leje się woda – jakieś fontanny, strumyczki i inne wodotryski, w nocy je dodatkowo podświetlają, żeby był większy wypas. Myślę sobie, że muszą tę wodę ściągać z całego kraju, bo tam sucho jak cholera. No więc jest ta ich duma, która może i trochę jedzie kiczem ale robi wrażenie. I byłoby nawet w porządku gdyby nie to, że tuż obok jest taki chlew, że rzygać się chce. Do tego posprzedawali działki w okolicy jak popadnie, więc każdy stawia swoje bez oglądania się na innych. Mają więc Kaskadę, a zaraz obok architektoniczną kakofonię. Zemrzeć można od samego patrzenia.

Z Kaskady widać Ararat.

W Galerii Narodowej wisi tu taki obraz Hovhannesa Aivazovskiego pt: „ Zejście Noego z góry Ararat”. Wynika z niego jasno, że jak schodził, to rozstąpiło się przed nim jakieś morze. Trochę nie wiadomo jakie, bo najbliższe to Morze Czarne, ale do jego brzegu jest z Araratu jakieś 400 km. Mogłoby być jeszcze jezioro Van albo od biedy Sewan, ale łatwiej by było iść przecież ich brzegiem niż przechodzić przez środek. W każdym razie coś się tam rozstąpiło – idzie Noe, a za nim żyrafy, nosorożce, jakieś słonie i tych kilku szczęśliwców, co się załapało na arkę. Za nimi majestatyczne 2 stożki.

Ormianie muszą być tym nieźle wkurzeni. Wpisali sobie symbol tej góry w nazwę banku, telefonii komórkowej, piwa, sieciowych delikatesów i właściwie co trzeciej firmy. Ale nie mogą tam po prostu pójść.

Oglądam te obrazy w Galerii Narodowej – na wszystkich Ararat przedstawiony jest z daleka. Mały z lewej, a duży z prawej. Niby normalne, bo jak inaczej namalować taką wielką górę. Ale ja mam wrażenie, że na każdym z tych obrazów jest też zamknięta granica armeńsko – turecka, tyle że jej akurat nie widać, bo krzaki zasłaniają.