Hubert Klimko-Dobrzaniecki: A w Krakowie

A w Krakowie są gołębie i jest rynek główny, a po tym rynku tysiące ludzi chodzi. Tak jak zawsze. Kraków trwa. Banał, prawda?
Obok kościoła, z którego wieży facet na trąbce w regularnych odstępach gra, turystyczna masakra trwa. Bla, bla, bla. Banał prawda? Już nic ciekawego mnie tam nie spotka…pomyślałem, czekając ostatniego czwartku przed drzwiami EMPiK-u.

Papieros w dłoni spalał się sam. Dmuchał lekki wiatr. Szkoda papierosa. Zdrowia mniej. W pewnym momencie podszedł do mnie żebrak, ale nie wyciągnął ręki po grosz. Poprosił o ogień. Podziękował i powiedział, że nie chce ode mnie pieniędzy, chce tylko porozmawiać. Bo widzi pan, pan mi się podoba, dodał. Jestem teraz w pracy. Naciągam ludzi od rana do godziny dziewiątej wieczorem,a teraz mam przerwę, a przerwy mam niepłatne. Tak sobie ustaliłem.

Ów człowiek był niedogolony, w rozchełstanej koszuli, która odsłaniała jego bujnie obrośniętą klatkę piersiową. Posiadał przeszywający wzrok i jeśli się mu przez chwilę baczniej przyjrzeć, przypominał raczej pluszową zabawkę, niż kloszarda. Ludzie są ofiarni, jak idzie? Najgorzej proszę pana z Polakami. Prawie nic nie dają. Najlepsi są Anglicy i Francuzi. Niemcy może byliby najlepsi, ale się boją. Po prostu nikt im nie powiedział odgórnie, że można żebrakom płacić, że nie jest to popelina. Bo widzi pan, ci Niemcy, to nie są źli ludzie, słabi nawet, w naturalny sposób potrzebują przywódcy. Nie potrafią działać indywidualnie, a datek dla żebraka, to wola indywidualnego człowieka, prawda?

Chyba śnię, pomyślałem. Jednak coś ciekawego może się tu jeszcze wydarzyć. Wykład socjologiczny w wykonaniu nieznajomego…Ja jeszcze chwilkę z panem porozmawiam, bo dobrze mi się gada i wracam do pracy. Spokojnie uzbieram dziś sobie 40 złotych, choć latem idzie lepiej. Zimno trochę, wie pan…Ja, proszę pana, należę do ekstraklasy. Policja mnie nie rusza, straż miejska też nie, kelnerzy mnie lubią. I wie pan, gdybym nie był tak stary, to i może kelnerki byłyby łaskawsze. A tak…No wie pan, życie, starość, umieranie.

Po chwili stał przy nas człowiek ucharakteryzowany na Tatara. Podali sobie ręce. Pan pozwoli, że przedstawię, kolega Tatar. Bardzo mi miło. Kolega Tatar miał w tamtym roku problemy ze strażą miejską, bo jeszcze nie był Tatarem, no i żebrał na boso. Wie pan, nie mogę pojąć tej argumentacji. Żebrać wolno, ale na boso nie wolno. Czepiali się i tyle. Kolega się przebranżowił. Ci ze straży nie mają pojęcia jak mu nieświadomie pomogli. Kolega robi w segmencie Mariacki – EMPiK i wychodzi na tym dużo lepiej niż kiedyś, na bosaka.

W pewnym momencie odezwał się trębacz. Wybiła dziesiąta. Żebrak jego melodię skwitował krótkim: krakowski jazz tradycyjny…Mężczyźni wrócili do pracy. Pojawił się mój przyjaciel i poszliśmy na śniadanie. Po dwóch godzinach siedziałem na stoisku wydawnictwa Format, bo tamtego czwartku zaczęły się targi książki. Debiutowałem jako bajkopisarz. Przez hale targowe przewijały się tysiące osób. Książki, ludzie, ludzie, książki. Miłość do literatury połączona z ciekawością i promocyjnymi cenami. W zeszły czwartek, już trochę później, myślałem o tym, co mnie spotkało. Na targach literaturę się sprzedaje, a ta prawdziwa, ta, która czeka, żeby ją zapisać, chodzi po rynku głównym w postaci żebraka-socjologa i byłego bosonogiego, a Tatara obecnie…

Więcej tekstów Kulturalnych znajdziesz TUTAJ