Hubert Klimko-Dobrzaniecki: Książki i filmy

„Another bullshit night in suck city”. Wdzięczny tytuł, prawda? Pewien krytyk literacki recenzujący dla poważnego, amerykańskiego dziennika napisał, że książka jest świetna, choć jej tytuł z trudem przechodzi mu przez gardło.
Dzieło popełnił Nick Flynn, a zostało ono wydane w roku 2004 nakładem W.W. Norton and Company. Powieść, choć reklamowana jako pamiętnik, składa się z kilkudziesięciu krótkich rozdziałów, które iskrzą się zabawnym językiem, grą słów. Sam Flynn jest bardzo znanym i docenianym poetą. Lekturą nie można się znudzić. To jedna z tych, które przypominają paczkę orzeszków ziemnych. Raz napoczęta, nie daje palcom spokoju i trzeba zjeść wszystko. Potem chce się jeszcze więcej. Rozdziały to migawki z życia pewnego chłopca, który z czasem zostanie pisarzem i poetą. Chłopiec jest wrażliwcem, ale żadna tam ciamcia z niego. Wychowuje go samotna matka, która rozwiodła się z niedoszłym pisarzem, oszustem i alkoholikiem. W sumie matce po pewnym czasie odechce się wszystkiego. Popełni samobójstwo przeczytawszy opowiadanie syna. Czy było aż tak złe, żeby wykonać ten desperacki krok? Wręcz przeciwnie! Było świetne, choć brakowało mu zakończenia. Syn chciał go dopisać, ale matka się pośpieszyła. Miało być o tym, jak ważna jest dla niego, jak bardzo ją kocha.

Nick jest już prawie dorosły i musi sobie sam w życiu poradzić. Znajduje pracę w przytułku dla bezdomnych. Wkrótce jego podopiecznym stanie się ojciec. Trudny to będzie okres, bo i trudna relacja. Niedoszły pisarz-kloszard kontra początkujący, utalentowany poeta. Coś jednak zaiskrzy. Krew ta sama, od tego nie da się uciec… Książkę trzeba przeczytać. Była bestsellerem w Stanach, a ja ciągle czekam na jej polski przekład. Może się kiedyś doczekam.

Doczekałem się natomiast ekranizacji powieści. Film zaczęto wyświetlać w tym roku. Nosi tytuł „Being Flynn” – „Być jak Flynn”. Rozwlekłe to, bez kopa, bez ikry, nudne. Nawet Robert de Niro, choć bardzo się starał, nie podołał, moim zdaniem, w odtworzeniu książkowej postaci ojca Nicka. Sam Nick filmowy, to blady, wystraszony wymoczek, robiący co chwilę wielkie oczy, poruszający się w taki sposób, jakby cały czas miał jakiś podejrzany ciężar nie w sercu, ale w portkach. Taki to jest problem, kiedy zna się książkę, która jest świetna, i tego samego wymaga się od filmu.

Mam jeszcze jeden problem: znam osobiście autora. Jest wesołym, wysokim, szczupłym i energicznym facetem. O ile pięknie siebie samego odmalował na papierze, o tyle reżyser, scenarzysta i aktor jego grający, spaprali sprawę. Do książki wrócę z chęcią, do filmu – już nigdy. Czy byłoby inaczej, gdybym nie przeczytał najpierw powieści? Myślę, że nie. Dobry, wciągający film to wartość sama w sobie. Są udane ekranizacje świetnych powieści i są słabe ekranizacje dobrych książek, są też wyśmienite ekranizacje słabych czytadeł. Aha, i jeszcze jedna bardzo ważna rzecz. Nie zostawiajcie Państwo gdzieś na widoku niedokończonych opowiadań. Opowiadania wypada kończyć, jeśli zależy Wam na członkach rodziny.