Hubert Klimko-Dobrzaniecki: Pierwszy śnieg

Hubert Klimko-Dobrzaniecki

Pomyśl o pierwszym śniegu, powiedział mój przyjaciel. Pierwszy śnieg w obcym miejscu, niesamowite, prawda? Niby taki sam jak wszędzie, ale inny, bo my jesteśmy inni w obcych miejscach, to się potem zmienia po oswojeniu terenu, ale ten pierwszy moment, kiedy wyjrzysz rankiem przez okno i zobaczysz śnieżne czapy na drzewach, ludzkich głowach i lampach ulicznych zostanie w tobie na bardzo długo.
Przynajmniej we mnie zostaje, dodał. W chwili, kiedy piszę te słowa mamy pierwszego listopada, dzień Wszystkich Świętych. Śnieg w obcym mieście, w którym teraz mieszkam stopniał wczoraj rano, ale ciągle o nim myślę, a właściwie zastanawiam się, jak inni interpretują puszystą biel, bo śnieg to nie tylko radość dzieci i narty, sanki, lepienie bałwanów oraz zmora służb drogowych.

Śnieg to również jeden z najważniejszych tematów bajek, podań, mitologii północnych, wierzeń indiańskich. Wreszcie śnieg to żywiciel, ale i piekło. Większość z nas zna bajki Andersena. Pałace z lodu, kra, siarczysty mróz, zamarzanie, to elementy bardzo często przewijające się w jego twórczości. Eskimosi na przykład, rozróżniają wiele rodzajów śniegu i posiadają wiele słów, które potrafią go nazwać. Dlaczego tak jest? Ano, pewnie z tego powodu, że mają białej materii więcej niż inni.

Chrześcijaństwo obrazowe lubi przedstawiać wizję piekła w wysokich temperaturach. Ogień niesamowity trawi grzeszną duszę. Smoła gorąca, diabły tańcujące w płomieniach. Ufff, jak gorąco, chciałoby się rzec. Są jednak miejsca na ziemi i jest literatura tych miejsc, są też wierzenia, które mówią dokładnie coś odwrotnego. W tamtych kulturach dusza grzeszna, bohater literacki, trafiają do krainy lodu, śniegu, zimy. Grzesznicy z Północy po prostu strasznie marzną. Chłód jest tak wielki, że ich dusze wprost śnią o innym piekle, tym naszym, gorącym.

Zastanawiam się, kto ostatnio porządnie zmarzł w polskiej literaturze? Na myśl przychodzi mi tylko jedna książka, a mianowicie „ Warunek” Eustachego Rylskiego. Autor w sposób bardzo obrazowy opisał, to o czym wszyscy wiemy, ale nie wszyscy, nie tylko opisać, ale i opowiedzieć nie potrafimy. Czy trzeba wychować się gdzieś blisko gór, lodowców, w polarnych ciemnościach, żeby to pojąć, przerobić w fikcję literacką? Niekoniecznie, jak widać. Jest jednak coś pięknego w pierwszym śniegu. W pierwszych dniach chłodu, samym mrozie, nieśmiałym początku zimy. Znam ludzi, którzy zakochali się w okolicach pierwszego listopada. W momencie, kiedy w Polsce nikt właściwie się nie cieszy i wsiada w samochód, aby odbyć długo pielgrzymkę do grobów najbliższych, często po drodze samemu ginąc.

A przecież na dobrą sprawę Wszystkich Świętych to święto bardzo radosne. Ludzie odeszli, żeby móc żyć wiecznie. Większość z nich, to święci. Tacy najlepsi święci. Anonimowi, bez watykańskich licencji i skomplikowanych procesów z prawem kanonicznym w tle. Właśnie dziś myślę sobie, że kiedy święci szli do nieba, sunęli na boso po pierwszym śniegu i nie było im wcale zimno w stopy. Po drodze błogosławili tym, którzy się odnaleźli na przełomie października i listopada. I nie poszli w górę do nieba, tylko przeszli bokiem, bo z boku, nie na głównych traktach, dzieją się rzeczy najpiękniejsze.

Więcej tekstów Kulturalnych znajdziesz TUTAJ