Hubert Klimko-Dobrzaniecki: Pociągi i ludzie

Było sześć minut przed północą. Pociąg relacji Budapeszt – Monachium zatrzymał się na stacji Wiedeń – Meidling. Kilka osób wsiadło do wagonu sypialnego. Ja też wsiadłem. Obsługę stanowili Węgrzy. Ponoć dało się z nimi dogadać również po niemiecku i angielsku. Ponoć…
Zająłem pryczę numer 65, bo nie dało się tego nazwać łóżkiem. Twarde to, wąskie i krótkie. Nade mną sufit, albo dach wagonu. Pode mną starsza pani, która co chwilę zapalała światło. Ze spania nici. O godzinie szóstej dwadzieścia, pociąg zatrzymał się na monachijskim dworcu głównym. Miałem pięć minut na przesiadkę. TGV do Paryża nie odjeżdżał tym razem bez jednego pasażera. Dwa lata temu nie zdążyłem. Czekało mnie znowu sześć godzin podróży. Dzień wcześniej, kolega przesłał mi swoją najnowszą powieść. Książka czeka na druk. Ja miałem przyjemność czytania jej w wagonie szybkiego pociągu. Otworzyłem komputer…

Rzadko i w przypadkowy sposób udaje się dostosować lekturę do miejsca, czasu, środka transportu. A lektura była kolejowa. Jej akcja rozgrywała się właśnie w pociągu. Dodam tylko, że da się na tej trasie zmieścić całą powieść, bo chodzi o legendarne już połączenie Przemyśl- Szczecin. On i Ona. Poznają się i dialogują. Opowiadają sobie o życiu, o sobie i tak dalej. W sumie nic nowego, ale tylko pozornie, ponieważ autor operuje bardzo pięknym, poetyckim językiem. Te wszystkie zwyczajne historie nabierają innych barw. Znaczenia tracą na znaczeniu, a nieznaczenia ustawiają nową drabinę znaczeń. W pewnym momencie doszedłem do strony, na której trwała wymiana zdań na temat małżeństwa i jego kondycji. W tej samej chwili pociąg zatrzymał się na pierwszym przystanku we Francji.

Stacja Strasbourg, a dla mnie też stacja: „Stare-dobre-małżeństwo”. Do wagonu weszła para z pewnie trzydziestoletnim stażem. Obserwowałem ich, ale też zerkałem okiem na tekst. „O głębokości bycia ze sobą ma decydować jakaś społeczna norma?” – mówi bohater, i w tej samej chwili realny mąż upycha walizkę żony na półkę. „Nie ma w tym niczego głębszego. Jeśli już jest, to głębokie przywiązanie” – mówił dalej, a mąż realny całował żonę w policzek i żegnał się po niemiecku, życząc szczęśliwej podróży. „A co masz przeciwko przywiązaniu?” – bohater ciągnął dalej. „Jest wspaniałe jako tło czegoś intensywniejszego, niezwykle silnego. Kiedy wychodzi na plan pierwszy, trzeba bić na alarm”. Coś się wypaliło. Mąż wyszedł z wagonu i stanął po drugiej stronie okna. Żona otworzyła gazetę. Pociąg powoli ruszał. Mężczyzna najpierw zastukał w okno, a potem pomachał na pożegnanie. Żona go jednak nie widziała i nie słyszała. Nie była ani niewidoma, ani głucha. Pomyślałem wtedy, że bywają sytuacje bycia z tekstem i posiadania w tekście żywego tekstu. I wszystko to na wyciągniecie ręki. A książka nosi tytuł „ Przemyśl- Szczecin”. Jeśli trafi do księgarń w 2013 roku, kupcie ją Państwo. Nie wyrzucicie pieniędzy. Gwarantuję.