Hubert Klimko-Dobrzaniecki: Zapach literatury

Czy lubisz zapach papieru, farby drukarskiej, atramentu i kleju? Oczywiście, że tak! I dlatego wyprodukowaliśmy dla Ciebie „ Zapach nowych książek” w spryskiwaczu! Jeśli czytasz w swoim Kindlu e-booki, „ Zapach nowych książek” przywróci Ci wspomnienia dawno zapomnianej księgarni lub biblioteki.
Ostrzeżenie: Wdychanie kleju w nadmiernych ilościach może spowodować zawroty głowy, nudności i inne skutki uboczne. Dlatego przed użyciem tego produktu proszę skontaktować się ze swoim lekarzem. Nie stosować „ Zapachu nowych książek” z innymi lekami! Cena 28. 94 dolarów amerykańskich.

No tak, od jakiegoś czasu jestem posiadaczem czytnika Kindle. W sumie dobre to urządzenie. Lekkie i pakowne. Wiele książek może w sobie zmieścić. Na wakacje jak znalazł, do pociągu, autobusu też. Dodatkowy bonus jest taki, że można sobie sprowadzić wiele darmowych pozycji – klasyków w szczególności. Prócz tego, przy pomocy bardzo prostej operacji komputerowej, w kilkanaście sekund kupuję książkę, z której nabyciem miałbym kłopoty w normalnej księgarni. O czas chodzi oczywiście: tej papierowej, zamówionej w klasycznej księgarni, i tak zwykle przychodzi tyle, że trzeba czekać.

Przyznam się, że po przeczytaniu książki w krzemie i tak kupuję klasyczne, papierowe, wydanie. Więc, w moim przypadku, rynek normalnej książki nie jest zagrożony. Ortodoksi często zarzucają elektronicznej książce jej płaskość. Nie o treść tu idzie, ale o obrzędowość. Nie można sobie robić notatek i podkreślać w teście. Nie można zaginać rogów. Palce ślinić można oczywiście, ale i tak nic to nie da. Strony nie zareagują. No i koronny zarzut: książki elektroniczne nie mają zapachu! Papier nie pachnie, bo go nie ma. Farby drukarskiej też nie ma. Kleju nie uświadczysz. Pewnie z myślą o tych fetyszyzujących ortodoksach Amerykanie wymyślili rozpylacz, którego reklamę przytoczyłem na początku felietonu. Ja w każdym razie nie mam zamiaru spryskiwać sobie Kindla przed lekturą.

Wczoraj zadzwonił kolega z Bratysławy opowiadając o tym wynalazku. Bardzo go zachwalał. Ponoć zaliczył odlot. I nie tylko dlatego, że czytał odlotową powieść. Mówił, że tego płynu w butelce wystarcza na kilka odlotów, choć bez lektury, bez tekstu, tylko z samym spryskiwaczem – nie mógłby… I co ja na to? Po chwili wahania powiedziałem mu, żeby przestał z tym spryskiwaczem i sięgnął po „Grę w klasy” Cortazara. Odlot murowany przy każdym podejściu. Nie potrzeba spryskiwacza. Powiedział, że przemyśli.

Od lat, właśnie o tej porze, sięgam po „Opowieść wigilijną” Charlesa Dickensa. Od lat dwóch śledzę tekst książki w moim Kindlu. Nawet teraz, po tej rewelacyjnej wiadomości o spryskiwaczu, nie myślę o zapachu dzieła pana Dickensa. Bo czy skąpstwo albo hojność mają jakiś zapach? Zastanawiam się, ilu Ebenezerów Scroogeów spotkałem w swoim życiu, i czy ja sam kiedyś Scroogem nie byłem? Idą Święta. Czas żeby zajrzeć w siebie. Pojednać się i przeprosić też czasem wypada. I jeśli mógłby w tym pomóc cudowny rozpylacz, to w takim wypadku nie mam nic przeciwko. Spokojnych i szczęśliwych Świąt Państwu życzę! Odlotowych! Ze spryskiwaczem czy bez!