Hubert Klimko-Dobrzaniecki: Żółta kokarda

Pewien polski pisarz ma przezorną małżonkę. Jego żona zdaje sobie dokładnie sprawę z tego, że żyjemy w czasach globalizacji, że indywidualność to rzecz obecnie nie tylko rzadka, ale i droga.
Krawców można spotkać albo w Londynie, gdzie jeszcze szyje się ubrania na miarę, choć trzeba pracować w city, żeby sobie na nie pozwolić, albo w teatrach, w których tworzą na potrzeby przedstawień. Takich normalnych już prawie nie ma, a ci bardziej wystrzałowi, władający sprawnie nie tylko igłą i nitką, ale i ludzką wyobraźnią, mianują się pociesznie dyktatorami mody. Szewcy są już całkowicie na wymarciu, a o kaletnikach od kilku lat nie słyszałem. Kaletnicy swego czasu wytwarzali nie tylko paski i torebki, ale też walizki.

Rzeczony pisarz chciał sobie kiedyś sprawić walizkę u jednego z ostatnich kaletników, ale ów rzemieślnik tyle sobie zaśpiewał za swój unikatowy towar, że pisarz zrezygnował i poszedł do Tesco, i tam kupił popularną walizkę. Szykował się wyjazd do Francji na panel dyskusyjny, na którym mieliśmy się spotkać. Jego żona przewiązała walizkę żółtą kokardą mówiąc, że świat jest pełen takich właśnie walizek, ale z żółtą kokardą nie ma żadnej. Nie zginie na lotnisku, nikt się nie pomyli. Żona wsadziła do tej walizki drogą rycinę, którą miał sprezentować komuś w Paryżu.

Samolot wylądował. Pisarz udał się po swój bagaż i bez trudu zlokalizował szarą, dużą walizkę przewiązaną żółtą kokardą. Wsiadł w TGV do Lille. Udał się do hotelu. Zjadł obiad. Przeszedł się po mieście. Poczynił obserwacje, które potem zapisał w notesie, sącząc wiśniowe piwo – specjalność tamtego regionu. Układał sobie w głowie temat swojego wystąpienia. A miała być mowa o pamięci. Stworzył dobrą powieść, która swego czasu znalazła się w finale literackiej nagrody Nike. Świetna książka, napisana wspaniałym, obrazowym językiem. Klasyczna powieść. Rzecz dosyć niespotykana w dzisiejszych czasach.

Autor chciał opowiadać o tak zwanej pamięci genetycznej. O tym, że jeśli dziedziczymy pewne cechy po naszych przodkach, jak kolor oczu, układ szczęki czy choroby, to dlaczego nie mielibyśmy dziedziczyć pamięci? Jak mi potem opowiadał, a był bardzo przekonujący w swym wywodzie, pisząc książkę, był nie tylko jej twórcą, ale i głównym bohaterem, żołnierzem napoleońskim, który szedł na Moskwę. Człowiekiem, który dokładnie czuł na sobie ten okropny, rosyjski mróz. Tak samo jak jego udokumentowany przodek, który swego czasu pod wodzą wielkiego małego Francuza chciał upokorzyć Rosyjskiego Niedźwiedzia.

Po zrobieniu notatek wrócił do hotelu i otworzył walizkę. Ku wielkiemu zdziwieniu nie znalazł w niej kosztownej ryciny. Znalazł natomiast: słoiki smalcu, słoiki z ogórkami kiszonymi, kiełbasę krakowską, jałowcową, salceson, kaszankę i puszki z pasztetem drobiowym. O mało nie zasłabł. Zadzwonił do organizatorów, a ci momentalnie przejęli walizkę i pojechali na lotnisko. W punkcie informacyjnym spotkali polską Marychę, która szlochała mówiąc, że ktoś podmienił bagaż. Marycha, oczywiście posiadała taką samą walizkę z Tesco i pewnie również była córką tak samo przezornej matki jak żona pisarza, która obwiązała jej kufer także żółtą kokardą. Marycha miała w oczach strach, bo wiozła żarcie dla chłopaków na budowę. W walizce znalazła jednak bohomaza. Bo tak nazwała drogocenną rycinę.

Sprawa szczęśliwie się skończyła i bohomaz został wymieniony na kiełbasy. Morał z tej historyjki jest jednak drodzy Państwo straszny. Globalizacja nie pozostawia żadnych złudzeń. Jeśli będziecie się wybierać w podróż i ktoś z rodziny przewiąże wam waszą walizkę nie tylko żółtą kokardą, ale i paskiem od szlafroka, wężem od odkurzacza czy nawet prawdziwym boa, istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że znajdzie się druga, identyczna…

Więcej tekstów Kulturalnych znajdziesz TUTAJ